WHITE CHRISTMAS
Pozwólcie mi Państwo na szczerość : nie lubię świąt! Nie, nie przestałem być Polakiem i jestem chrześcijaninem, choćby dlatego, że nie słucham Radia Maryja, ale coraz częściej myślę, że patronem ostatnich dni w roku nie jest Nowonarodzony, ale Merkury - rzymski bożek handlarzy i złodziei, co czasem na jedno wychodzi. Popatrzcie na jego ogromne świątynie - super i hipermarkety, oferujące dobra wszelakie, w których wyznawcy kultu tłoczą się wielką, nieprzytomną masą odmawiając słowa litanii : promocji, okazji, obniżki racz nam dać, Panie! Wszędzie atakują cię spadkobiercy bliskowschodnich lichwiarzy : " Komu kredycik, komu? Mogę przynieść do domu! Dziś dostaniesz stówę, jutro oddasz 120! Prawdziwa okazja!". Do chóru doszlusowali politycy- ani chybi ukażą się nam na ekranach telewizorów: będą nam życzyć, aby Pan Bóg spełnił to, co oni obiecywali. Cały ten zgiełk odbywa się z powodu zaklęcia, corocznej mantry, której na imię "tradycja". I mało kto dzisiaj wie, że ta "tradycja", polegająca na zjedzeniu karpia, strojeniu choinki czy śpiewaniu pół zwrotki kolędy jest dość świeżego chowu - ale co tam! Święta Bożego Narodzenia doznały olbrzymiej promocji i stały się gigantycznym handlowym geszeftem. A "Lulajże, Jezuniu"- przy okazji. Takiego oblicza świąt nie cierpię.
Bo dla mnie te dni grudniowe to czas wspomnień. O sweterku z amerykańskiej paczki, który w latach dzieciństwa znalazłem pod choinką, o zapachu zdobytych cudem pomarańczy i smaku wystanej w kolejkach wędliny, o wigilii w otoczeniu nieskłóconej rodziny, o pasterce i modlitwie za udręczoną Ojczyznę. O kolegach ze szkoły, którzy szkołę życia już skończyli, i o tych, którzy jeszcze siedzą w oślej, emeryckiej ławie. O przyjaciołach, z którymi wypiłem niejedną wódkę - tę kupioną na kartki, i tę przemyconą przez szlabany stanu wojennego. O ludziach, którzy mi kiedyś bezinteresownie pomogli i którym nie miałem okazji, a czasem niestety chęci, się odwdzięczyć. O zwierzętach, które wiernie towarzyszyły mi przez lata - te, bezsensownie stracone z powodu lenistwa, jak i te - poświęcone bezsensownej pracy. O zrealizowanych marzeniach i o nieodwzajemnionych miłościach, o wielkich klęskach i małych sukcesach, słowem - snuję w te dni taką "opowieść wigilijną" - życiowy pamiętnik. Kto wie - może bilans?
Przeszkadzają w tych rozliczeniach natrętne "Jingle bells", nachalne reklamy, SMS-owe życzenia, hip-hopowe kolędy, internetowe kartki, telewizyjne pasterki, biurowe opłatki, ognie i choinki, tak samo sztuczne, jak ta cała "nowa tradycja" i „świąteczna wesołość”.
A najbardziej od paru lat brakowało mi - śniegu. Tego, który pięknie skrzypiał pod butami w noc narodzin, pokrywał brud i błoto i sprawiał, że wszystko wokół stawało się tak białe i czyste, jak karta, którą każdy przychodząc na świat otrzymuje i stara się ją dobrze swym życiem zapisać.
Spoglądam przez okno -pada! Kiedy więc ucichnie już brzęk fiskalnych kas i w kraju, nakrytym śnieżnym obrusem usiądziemy do wigilijnych stołów, nie rozmawiajmy o interesach, polityce i trudach codziennej egzystencji, lecz przez chwilę pomilczmy, bo jest o czym.
Życzę Wam ciszy i spokoju.
2007r.