STYPA W TRZCINIE

 

    W związku ze zbliżającą się 160 rocznicą śmierci Fryderyka Chopina w telewizji pokazali uroczystości żałobne pod nazwą "Fryderyki 2008". Dramaturgia tego spektaklu zasadzała się na wręczaniu wytypowanym przez b. poważną Akademię Fonograficzną statuetek przedstawiających Janusza Stokłosę, kapelmajstra teatrzyku "Buffo". "Serio" natomiast była Kayah - prowadząca imprezę w Fabryce Trzciny. Ubrana, podobnie jak większość pokazujących się pań i panów, w dostojną i adekwatną do okoliczności czerń, co chwilę kajała się za błędy językowe, które popełniała ze wzruszenia, oraz za błędy organizacyjne, które popełniali inni z niechlujstwa i braku profesjonalizmu. Żal, że zabrakło Ryszarda Rynkowskiego , a i bufet był zamknięty, bo lamentacje prowadzącej mogłaby zastąpić pieśń "Wypijmy za błędy" udanie zastępując nieudany słowotok zasłużonej artystki.

   Najwięcej statuetek odebrała  K. Nosowska, bo jej się należało, choćby z powodu braku konkurencji. Przesadą jednak wydaje mi się nagroda dla jej zespołu w kategorii "rock -metal". Podobno ten werdykt spowodował okrzyk pewnego metalowego rockmana - "No i Hey z nimi !" Okrzyk ten padł z widowni, którą stanowiło  zgromadzenie osób odpowiedzialnych za obecny stan polskiej muzyki rozrywkowej. Przypominali oni uczestników bankietu w zakładzie kamieniarskim "Płyty nagrobne", świętujących zwiększenie zysku spowodowane ilością zejść ze sceny życia.

     Spotkaniu  towarzyszyła stosowna muzyczka - poza wspomnianą Nosowską świetnie współbrzmiały produkcje zespołu "Raz, dwa, trzy", niestety doszło również do zgrzytów, a to za sprawą pary staruchów, którzy postanowili przypomnieć czasy, kiedy to muzyka rozrywkowa nie była tak straszliwie poważna. Mowa tu o Urszuli Dudziak i "Dudku" Matuszkiewiczu. Wystrychniętych na Dudziak i Dudka ponurych władców polskiej fonografii  ponownie wprowadzał w żałobną atmosferę p. red. Niedźwiecki, odpytując kilku artystów o ich ostatnią drogę do kariery/?/.  

     Spoglądałem w telewizor /przyznam, że nie do końca/ i łza, stosownie do okoliczności, kręciła mi się w oku, ale nie z powodu tego, co widziałem, ale z powodu wspomnień. Gdzież te czasy, gdy piosenka była dobra na wszystko, gdzie wykonawców można było obrzucać pomidorami, a nie czcić zapłaconym wstawaniem z miejsc, gdzie dobrzy autorzy tekstów dawali nam czas na refleksję, a kompozytorzy tworzyli różnorodność muzycznych gatunków, i gdzie twórcy mieli liczebną i artystyczną przewagę nad chciwymi  szefami firm fonograficznych, którzy dziś, zrzeszeni w owej Akademii stworzonej na wzór Akademii Sztabu Generalnego - w Fabryce Trzciny rozdzielili wśród swoich awanse i odznaczenia.

     Z uczestnictwa w stypie nad grobem polskiej rozrywki zrezygnowała Maryla Rodowicz - podobno nie miała czarnej sukienki. Nie przyjęła oferowanego "Fryderyka" za tzw. całokształt i słusznie. Jej całokształt, odziany  jak zwykle w barwne, oryginalne kreacje, nie pasowałby do kształtu tej smutnej imprezy, która, jak głoszą usłużne recenzje, odniosła wielkie powodzenie, bo transmitowała ją jedna telewizja. Jeśli to są kryteria sukcesu, to znacznie większy odniosło miasto Szczecin, w którym zabrakło prądu, co pokazały wszystkie telewizje. Z tego wniosek, że największym wydarzeniem byłoby wyłączenie prądu w trakcie trwania „Fryderyków” i uczczenie ciszą nieboszczki -polskiej muzyki rozrywkowej.

     Kiedy p. prowadząca  poprosiła o przeczytanie werdyktu autora makabresek, p. Zembatego, który po wypadku samochodowym niedowidzi, pomyślałem, że nie znam się na żartach. Ale po chwili zrozumiałem, wysłuchując litanii nazwisk nominowanych i nagrodzonych, że nie znam się również na muzyce.

   A tyle lat mi się zdawało!

         

                       podziel się uwagami pod adresem a.kopff@wp.pl

   

 

2007r.