Służba zdrowia czy zdrowie służby

 

        Każdy, kto podróżował kiedyś  po Związku Radzieckim, jako jeden ze  skutków panującego tam ustrojowego idiotyzmu podawał tzw. „obiednyj piereryw” -przerwę obiadową w restauracjach, które zamykały swe podwoje akurat w czasie, kiedy zgłodniali goście tłoczyli się przy drzwiach. Powód ? To personel lokalu zasiadał do posiłku, a kolejka zgłodniałych musiała czekać godzinę lub dłużej, aż zjedzą i rozpoczną proces trawienia pracownicy, których godność  była przecież ustawicznie wystawiona na poniżenie płynące z konieczności usługiwania  ciemiężycielom – klientom. Kelner - człowiek pracy, przedstawiciel wiodącej siły, czyli klasy robotniczej - jeść musi pierwszy. Tak brzmiało ideologiczne wytłumaczenie tego stanu rzeczy.

    Wpajane przez dziesięciolecia absurdy socjalizmu, owocujące podobnymi głupotami, w obecnej Rosji odłożono w większości do lamusa , ale u nas trzymają się mocno. Bo czyż nie  kontynuujemy obyczajów z poprzedniej epoki stawiając  urzędników ponad obywatelami, kolejarzy przed pasażerami, nauczycieli przed uczniami czy wreszcie służbę zdrowia ponad zdrowiem pacjentów? W naszym kraju nos jest wciąż podporządkowany tabakierze. Zmiana tej relacji to nie tylko złamanie przyzwyczajeń – to także zagrożenie dla kastowych przywilejów, związkowych apanaży, a nawet utrata pracy przez wczepionych w państwowe koryto darmozjadów.

   Dlatego rząd Tuska, który podjął się niewdzięcznego zadania reformy służby zdrowia, stanął w obliczu nieświętego przymierza przeciwników jakichkolwiek zmian. Sejmowa debata zakończona zwycięstwem koalicji przyjęta została okrzykiem  „hańba !”  Krzyczeli posłowie PiS-u, którzy z definicji kontestują każdą ustawę zgłoszoną przez Platformę, krzyczeli zrzeszeni w SLD miłośnicy teorii Marksa i Engelsa, ale najgłośniej wydzierały się na galerii przedstawicielki służby zdrowia- tlenione blondyny odziane w okolicznościowo wyprane białe fartuchy i czepki. Bo przecież nie jest hańbą sytuacja w szpitalach : odchodzenie od łóżek pacjentów, ewakuacja chorych, epidemie z powodu brudu, brak podstawowych lekarstw – hańbą jest usiłowanie wprowadzenia ustawowych regulacji , które mogłyby zapobiec takim zjawiskom. Nie wróżę  powodzenia  w tych usiłowaniach : pan prezydent , który wcześniej zapowiedział veto nie znając nawet jednego zdania z projektów rządowych, nie dopuści, aby dobro pacjentów stało wyżej niż interesy „białej służby”.

   Parę dni temu w jednym ze szpitali zapowiedziano strajk. Chodzi jak zwykle o płace personelu, bo o cóż innego! Panowie doktorzy zażądali podwyżki o głupie cztery tysiące, choć mogliby przecież o dziesięć. Skromna ta kwota, dodana do dotychczasowych osiągnięć w walce o własne dobra podnosi miesięczną wypłatę lekarzom do sumy 16 000 zł brutto. Dyrektor ,wiedziony troską o bezpieczeństwo pacjentów, postanowił się zgodzić, ale postawił warunki : wynagrodzenie w tej wysokości otrzyma lekarz pracujący odpowiednią liczbę godzin tylko w jego szpitalu – żadnych dodatkowych  pół- czy ćwierć etatów w innych placówkach, a dyżury - osobiście, a nie na telefon. Słowem - płaca za pracę. „To zamach na prawa pracownicze”- zawyli oburzeni medycy, którym już dawno Hipokrates pomylił się z hipokrytą. Strajk pewnie będzie. W tym samym czasie w szpitalu w  Głownie od łóżek chorych odeszli lekarze i pielęgniarki. Kiedy dyrekcja zarządziła ewakuację pacjentów, stając przed kamerami tłumaczyli swe postępowanie: ”Nam przecież chodzi tylko o głupie 500 zł miesięcznie!”.

      Wszyscy byliśmy, jesteśmy lub będziemy pacjentami. I wszystko nam jedno, czy leczyć się będziemy w państwowym, samorządowym czy prywatnym szpitalu;  najważniejsze, by mieć jak największe szanse na powrót do zdrowia. Dzisiaj  ci, którzy  cierpienie bliźnich traktują jako element  szantażu w walce o swoje interesy – wygrywają. Tylko patrzeć, kiedy wystąpią z wnioskiem o wprowadzenie „obiednowo piererywa”. A że w czasie biesiadowania ktoś może potrzebować pomocy? Co tam! Niech poczeka albo umrze! Najważniejsze, aby służba była zdrowa!

      I nażarta.