Łubu - dubu

 

            Dawno się tak nie ubawiłem, jak w czasie obrad naszego parlamentu  nad ustawą o abonamencie. Niech żałują widzowie, którzy nie wykazali się czujnością i nie  przełączyli się z misyjnych seriali  na ten emitowany na żywo kabaret! Ryczałem ze śmiechu ,słuchając wyliczanki sukcesów TVP w wykonaniu b.przewodniczącej KRRiT p.Kruk -w tej litanii zabrakło tylko frazy ”zmiłuj się nad nami”, trzymałem się za brzuch w czasie monologu posła Cymańskiego o profitach/ 17 zł miesięcznie/, jakie zniesienie abonamentu przyniesie emerytowanym esbekom, do łez doprowadził mnie poseł Kowal łzawą opowieścią o tym, jak bardzo brak wpływów do kasy na Woronicza dotknie mistrza Wajdę, krzywdzonego przecież przez całe życie w Polsce, a niedawno także w USA. W finale tego spektaklu pan premier  z komicznie udawaną troską ostrzegł swoich politycznych przeciwników o konsekwencjach głosowania przeciwko ustawie : grozi im mianowicie utrata emeryckiego elektoratu, spadek notowań, przegrana w wyborach, a on naprawdę nie życzy tego ugrupowaniu pana Kaczyńskiego. Tu nastąpił u mnie tzw. rozpuk,  przy okazji wysiadł telewizor i dlatego dopiero wieczorem dowiedziałem się z radia, że koalicja ustawę przepchnęła, prezydent ją zawetował, czyli wszystko wraca do normy.

            Abonament jako sposób finansowania publicznych mediów ma swój początek w czasach dawno minionych. Pamiętam, że wtedy, za czasów tow.Gomułki, nie miałem ani radia ,ani telewizora i słowo „abonament” kojarzyłem  raczej z przymusem płacenia na studencką stołówkę. Podawano tam okropne obiady, czym się zresztą nieudolni kucharze nie przejmowali :”nie chcą, niech nie jedzą- i tak muszą zapłacić!”. Podobna  filozofia towarzyszy do dziś władcom radia i telewizji, mimo, iż od wielu już lat ich dawny monopol  doznał konkurencji ze strony nadawców prywatnych, których kuchnia medialna serwuje dania  bardziej smaczne i w dodatku – za darmo. Czy zatem  zniesienie  tych opłat spowoduje upadek publicznych mediów, co wróżą  Rejtani z Wiejskiej? Nie, o ile nastąpi: ograniczenie kosztów produkcji programów, czyli koniec płacenia bajońskich sum za byle co, likwidacja fikcyjnych stanowisk – synekur dla „swoich”, autentyczna regionalizacja jednego z programów TVP /czy to nie skandal, że np. Warszawa nie ma do dziś całodziennego programu lokalnego?/ i czy wreszcie słuchacze i widzowie publicznych mediów staną się  pełnoprawnymi uczestnikami ich programów.

            Ta ostatnia zasada ma charakter fundamentalny. Dziś obserwujemy debaty, dyskusje, wypowiedzi różnych dziennikarzy, polityków, ekspertów , a sami, choć nieraz bardzo chcielibyśmy, nie mamy szansy wyartykułować swojego zdania, bo udział  widzów w programach typu „Forum” jest wykluczony. Dlaczego? Widocznie władcy telewizji uważają nas za durniów, których należy pouczać, a nie z nimi dyskutować. Dla nich jesteśmy ciemną ,frajerską masą, której się wmawia ,że „publiczne” -to znaczy nasze-wspólne i dlatego mamy się składać na ich pensje, nagrody i odprawy.

            Symptomatyczną cechą przetaczającej się w Sejmie dyskusji o mediach był brak jakiejkolwiek wzmianki o widzach i słuchaczach. Mówiono i krzyczano o prezesach, Krajowej Radzie, politycznym zawłaszczaniu, agentach i odprawach, strukturach i prywatyzacji – a o tych, na których barkach spoczywa duża część finansowania tego  nie-swojego interesu – wcale. Nic dziwnego, bo przecież wiadomo, gdzie wybrańcy narodu mają obywateli  -do czasu następnych wyborów, oczywiście.

            Parę dni temu jeden z telewizyjnych mędrków „walnął się” niemiłosiernie przekręcając daty i myląc osoby, nieważne zresztą, w jakiej audycji. Postanowiłem zareagować. Na stronie TVP w internecie  znalazłem  numer telefonu przeznaczonego do „kontaktów z widzami”. Przywitał mnie ciepły głos Grażyny Torbickiej, polecając nacisnąć, w zależności od programu, jedynkę , dwójkę itd., po czym zostałem poinformowany, że na wypowiedź mam dwie minuty.  Komunikaty te płynęły z  automatu. W  instytucji , która zatrudnia tysiące pracowników, nie ma człowieka, który na żywo utrzymywałby ów „kontakt”. Nagrałem więc, stosownie do okoliczności :”Łubu dubu, łubu dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu” i nie licząc na zrozumienie tej subtelnej aluzji przez kogokolwiek na Woronicza, ani nawet na odsłuchanie  wypowiedzi – położyłem słuchawkę.

            Oraz laskę na taką telewizję  „publiczną”.