Koniec płacenia?
Od bardzo wielu lat mieszkam na Mokotowie, w pobliżu siedzib Polskiego Radia i TVP i od wielu lat śledzę pilnie, od zewnątrz i wewnątrz, funkcjonowanie tych instytucji. Od wielu lat zatem wiem, że te PRL- owskie skamieliny to główny łup politycznych ekip, dzierżących dłużej lub krócej tzw. ster władzy. W praktyce wygląda to tak, że kiedy zmienia się rząd, w publicznych mediach pojawiaja się nowi zarządcy, najczęściej nie mający zielonego pojęcia o miejscach, w które rzuciła ich wola partyjnych bossów. Tak było za czasów Polski Ludowej, jest i teraz, z tym ,że dziś władza zmienia się co chwilę i co chwilę nowi prezesi PR i TVP intonują starą śpiewkę o konieczności płacenia przez obywateli haraczu na rzecz nieudolnie zarządzanych przez nich instytucji.
Ale nagle spadła na nich wieść hiobowa: z kręgu oficjeli nowego rządu padła zapowiedź o likwidacji abonamentu. „To zamach na niezależne media” -zawyli jednogłośnie nadzorcy publicznego radia i telewizji, tak, jakby ich media były kiedykolwiek niezależne.”To koniec misji” -ronili krokodyle łzy, tak, jakby wiedzieli, jaka to misja. „To zaprzepaszczenie dorobku” -tak, jakby dla tego dorobku mieli cień szacunku.
A naprawdę chodzi o lukratywne posady w zarządach i radach nadzorczych, artystycznych ,programowych i diabli jeszcze wiedzą, jakich, o możliwość rozdawania krewnym i znajomym tłustych kontraktów na produkcję nudnych seriali, kiepskich teleturniejów czy widowisk -dziwowisk w rodzaju tańców na lodzie, czy popisów panny Urbańskiej. Chodzi też o to, by dysponenci przymusowo zebranych pieniędzy nie musieli się tłumaczyć ze sposobu ich wydawania przed tymi, którzy płacą za te brewerie. Co prawda, coraz więcej ludzi nie płaci, trudno się zresztą dziwić, że nie chcą wspierać cudzego interesu. Resztki, ściągane od nieuświadomionych jeszcze płatników abonamentu media publiczne topią w wysokich honorariach sprzedajnych dziennikarzy i usłużnych „ekspertów”, w gażach prezenterów kaleczących bezlitośnie język polski czy w subwencjonowaniu „gwiazd”, które powinny same dopłacać za fakt wpuszczenia ich na antenę – tę samą, na którą trudno dostać się komukolwiek spoza sitwy. Przeciętnemu Polakowi oferuje się co najwyżej szansę zostania uczestnikiem konkursu „idiotele”: odgadnij 5- literowy wyraz na „d” i zapłać za połączenie ze studiem/ patrz program II TVP/ . Rozwiązanie zagadki następuje przy płaceniu rachunku za telefon – brzmi ono: „dureń”.
Swoją działalność zagrożeni dymisją prezesi nazywają „misją” i żądają ,aby trwała. Zwołali więc konferencję prasową, oczywiście transmitowaną, która dostarczyła mi niezapomnianych wrażeń. Oto p.Czabański, facet ongiś przytomny, a dziś prezes radia zainfekowany punktowo przez fotel, na którym siedzi, oskarżył autorów pomysłu likwidacji abonamentu o zamiar zniszczenia jego placówki, oczyszczonej przecież z komunistycznych złogów w postaciach red.red. Szabłowskiej czy Sznuka, a wielce zasłużonej dla promocji PiS-u i Mandaryny i zagroził rządowi procesem. Wsparł go red.Fredro - Boniecki , wskazując te programy Polskiego Radia, o których nie wiedzieliśmy, że są misyjne: były to komunikaty o stanie wód w Miedonii i transmisja hejnału z wieży kościoła Mariackiego; dla tych audycji na chwilę w południe przerwano dyskusję. Red. Fredro, nosiciel historycznego nazwiska, co raz wtrącał swe „Trzy po trzy”, mimo to powiało nudą, kiedy pytania zaczęli zadawać dziennikarze. Byli to głównie pracownicy prezesa Czabańskiego – słyszeliśmy więc wyrazy ubolewania i oburzenia nacechowane obawą o przyszłość mediów, kultury, narodu i przede wszystkim- o własną. Głosów przeciwnych, w tym telewidzów i radiosłuchaczy nie było, bo pod tym względem konferencja była przygotowana na medal imienia b. prokuratora Ziobro.
Szanowny Panie Premierze Tusk! Niech Pan rozpędzi to towarzystwo na cztery wiatry! Żadna reforma publicznych mediów się nie uda, jeśli zajmą się nią ludzie, którzy nie wyobrażają sobie innych zmian niż personalne. Likwidacja abonamentu?Może. Ale najpierw warto określić, czemu Polskie Radio i Telewizja mają służyć. Moim zdaniem rzetelna, pozbawiona politycznych sympatii i antypatii publicystyka i informacja, stymulowanie i wspieranie inicjatyw obywatelskich, zachęcanie do korzystania z oferty kulturalnej, promocja „małych ojczyzn”, szerokie otwarcie na niezależne myślenie, prawdziwy kontakt z widzem i słuchaczem pozwoli na stworzenie rzeczywiście publicznych środków przekazu, na które chętnie się złożymy płacąc podatki czy nawet abonament.
Na razie jest, jak w starej piosence: „Patrzeć -nie warto, słuchać -nie warto”. Płacić? – też nie!