PAN JÓZEFOWICZ
Kiedy umiera artysta, mówią- człowiek odchodzi, a sztuka pozostaje. Najczęściej jest odwrotnie - człowiek jest, a sztuka odeszła. Przez wiele lat na moich oczach odbywa się ten drugi proces, a dotyczy faceta nazwiskiem Józefowicz.
Poznałem go trzydzieści lat temu - był młodym, zdolnym i niebywale pracowitym chłopakiem, chłonącym nieomal każde słowo zajmujących się nim nauczycieli. Już pierwsze telewizyjne występy pokazały, jak wiele się nauczył i ile wkłada w swoją drogę ku sztuce własnego zapału i inwencji. Kiedy parę lat później kończył warszawską szkołę teatralną, z wielkim podziwem obejrzałem "Złe zachowanie" -spektakl dyplomowy, który w całości wymyślił, a pod którym podpisał się ktoś inny. To też była nauka, z której później sam skorzystał. O tym potem.
Pod koniec lat osiemdziesiątych udało mu się pozyskać za cenę, którą nie każdy chciałby zapłacić- inwestora. Jego pieniądze miały ambitnemu p.Józefowiczowi umożliwić podbicie Brodway'u , niestety, nie wyszło. Może libretto i muzyka "Metra" były nie bardzo, a może sprawiła to pycha producenta, który jeszcze przed pierwszym przedstawieniem poinformował amerykańską publiczność, że Bob Fosse to przy Józefowiczu pętak. Artyści wrócili do Warszawy, a tonący po uszy w aferach zbankrutowany inwestor zwiał przed aresztowaniem za granicę. Ale Józefowicz i tak dobrze na tym wyszedł -krajowi recenzenci obwołali go, jak się okazało, na wyrost, zbawcą zmurszałego polskiego teatru, publiczność waliła drzwiami i oknami, nagrody sypały się garściami, a do coraz mniej skromnego inscenizatora przylgnęła etykietka -geniusz! W końcu sam w to uwierzył.
Piętnaście lat temu zdobyte doświadczenia postanowił wykorzystać i otworzył teatr "Buffo" spektaklem, opartym na cudzym pomyśle i nie za swoje pieniądze. Nauka ze szkoły nie poszła w las. Inscenizacja starych piosenek do dziś przynosi mu profity – kolejnym wielkim nabranym jest I Program TVP, który nieustająco prezentuje widowisko "Przebojowa noc" -kompendium wiedzy Józefowicza na temat, jak sprzedać stary towar w nowym opakowaniu za dużą kasę.
Co można o tym telewizyjnym wyczynie napisać? Najlepiej to samo, co przed wojną po pewnej premierze napisał Słonimski: "Widowisko przypomina wyrzucony na śmietnik wyszczerbiony nocnik - lekkie to i połyskliwe, ale wysiedzieć już na tym nie sposób". Finansowy /dla twórcy/ sukces, artystyczna /dla widzów/ klapa. Nie pierwsza w życiorysie naszego bohatera - wspomnijmy choćby role filmowe.
Obserwowałem jego drogę życiową i artystyczną /trzydzieści lat, to szmat czasu/, ostatnio na ekranie telewizora, gdzie p. Józefowicz grał siebie, tzn. zachwycone sobą cudowne dziecko- piernik. Prowadził konferansjerkę /okropnie/, śpiewał /chór z nim/, tańczył /jeszcze żwawo/, reżyserował /?/, a obok niego wiła się mianowana na gwiazdę atrakcyjna Natasza, która powierzyła mu swoją karierę z nienajlepszym zresztą skutkiem.
Jest taki musical - ”A Chorus Line”. Jego treścią, w wielkim skrócie, jest morderczy casting dla artystów tzw. drugiego planu czyli, z amerykańska, linii chóru. W finale niesamowicie wytrenowani młodzi tancerze stanowią statyczną oprawę gwiazdy -starej aktorki. Dylemat, który stoi przed nami: czy podziwiać sztukę płynącą z doświadczenia, czy sprawność młodości. Kiedyś stawiałem na młodzież- dziś rozumiem, że najważniejsza jest osobowość, nie poddająca się tresurze scenicznych szamanów. Edith Piaf potrafiła wtłoczyć widza w fotel bez udziału pląsów za plecami, podśpiewujących chórków czy rowerowych akrobatów. Pan Janusz pracowicie szlifując detale drugiego planu tłamsi wrażliwość i osobowość swoich artystów, dlatego jego spektakle to teatr pustych w środku marionetek, imponujących być może sprawnością fizyczną, ale niczym więcej. Na tym tle właściciel trupy może uchodzić za gwiazdę, ale prawdziwych gwiazd „Przebojowa noc” nie posiada, bo wszelkie indywidualności z ekipy Józefowicza pouciekały /nawet Doda!/ i stąd mimo zawrotnych kosztów – program „leży”. Można pooglądać czasem piruety p.Urbańskiej czy też nazwać aktorstwem miotanie się po studiu zblazowanego wodzireja, ale lepiej chyba słuchać Ewy Bem, czy podziwiać kunszt aktorski Janusza Gajosa.
Nie pomoże umizgiwanie się do publiczności przy pomocy fryzury na żel i ciemnych okularów, kryjących brak błysku w oku, rutyna nie zastąpi twórczości, a wątpliwa erudycja – inteligencji. Januszu Józefowiczu i Nataszo! Nie idźcie tą drogą! - chciałoby się rzec. Jest ona łatwa i przyjemna, ale tylko dlatego, że z górki.
A szczyty były tak blisko. Szkoda.
Podziel się uwagami pod adresem e-mail: a.kopff@wp.pl