GARSONKA


Było późne popołudnie, w domu nie było nic na obiad - ratunkiem były szybkie sprawunki w małej osiedlowej garmażerii, w której byłem częstym klientem. Pobiegłem tam. Przed wejściem spotkałem wytworną panią - średni wiek, ubrana w lekko przyciasną garsonkę, w ręku torebka, przy krawężniku zaparkowany mercedes serii A. Zgodnie z zasadami, obowiązującymi w naszym kraju od wieków, otworzyłem przed nią drzwi. Weszła, nie zaszczycając mnie ani słowem, ani spojrzeniem. Utworzyliśmy w pustym już o tej porze sklepiku dwuosobową kolejkę. Właścicielka mercedesa  rozpoczęła procedurę zakupów.
        - Czy te naleśniczki dobre? - rzuciła w przestrzeń nie patrząc na sprzedawczynię. - Poproszę dwa... no może trzy.
        - Konkretnie - ile? -zapytała sklepowa, a na jej twarzy malowało się zmęczenie całodziennym kieratem. - Muszę się zastanowić - jejmość dopiero teraz raczyła zauważyć kobietę za ladą - no, niech będą dwa. A te pierożki, o tam - to z czym?
Zrozumiałem, że trochę poczekam na swoją kolej, bo dla pani w garsonce byłem powietrzem.
        - Nie, nie lubię pierogów z mozzarellą. Może zjem krokieciki? A świeże? - trwał monolog. Weszła następna klientka, postała chwilę, posłuchała i wyszła. Widocznie  życiowe doświadczenie pozwoliło jej określić czas oczekiwania na co najmniej pół godziny. Ja nie miałem wyjścia, musiałem czekać. Garsonka przemieściła się pod ladę chłodniczą i kontynuowała przesłuchanie sprzedawczyni.
        - Ten kurczak jest nadziewany, prawda? A czym? Bo ja nie mogę jeść wątróbki! No to może ten kawałeczek schabiku! Ile? Zaraz, zaraz, 10 deko, nie, może piętnaście. Tylko w cienkich plasterkach! A ta kiełbaska...
Zacząłem tęsknić za poprzednim ustrojem i systemem kartkowym.  Sprzedawczyni uśmiechnęła się do mnie przepraszająco. Dałem jej znak, że wytrwam. Wytworna pani jeździła paluchem po szybie lady.
        - Te gołąbki ostatnie? Wezmę. Aha! Sos pomidorowy? Nie ma pani innego? Co tak mało! O, teraz dobrze! Jak to, czy to wszystko? Co pani taka niecierpliwa! Przecież muszę pomyśleć!
 Na ladzie rosła góra sprawunków, a elegancka klientka rozpoczęła medytacje na temat : sernik, czy szarlotka. Wreszcie wyciągnęła kartę i zapłaciła. Operacja ”zakupy” dobiegła końca:  trwała 34 minuty. Z okrzykiem : ”Boże, jak mi się spieszy” zataszczyła wszystko do mercedesa i z piskiem opon odjechała.
        - Pan tylko pierogi? - zapytała sprzedawczyni. - Ale się pan naczekał! Proszę, to już ostatnie. Przecież  piętnaście minut temu miałam zamknąć sklep. Ale wlizie taka hrabini, co sądząc po manierach, była kiedyś służącą i mendzi. Szacunku dla nikogo ni ma, ani dzień dobry, ani do widzenia, dorobiła się, to we łbie się przewróciło, a ja tu, panie, od rana stoję i mam już dosyć. Chłodnik? Nie polecam, przyjdź pan jutro, będzie świeży.
 Powlokłem się do domu i po drodze rozmyślałem, ile  takich wytwornych pań  widzimy dookoła : pracują w ministerstwach, załatwiają biznesy, brylują w mediach, gdzie opowiadają głupoty na zamówienie koleżanek-redaktorek. Ostatnio w telewizji wystąpiła pewna pani, znana z homoseksualnej orientacji, która obecnie w wysokim urzędzie zajmuje się patologiami w rodzinie, co jest równie absurdalne, jak udzielanie przez księży nauk przedmałżeńskich. Zalatane, pochłonięte sprawami zawodowymi, rezygnujące z  życia prywatnego rekompensują sobie frustrację stężonym egoizmem – zaimek „ja” używają częściej niż b.prezydent Wałęsa. A przy tym są  jakże często niepozbierane, roztrzepane i niekonsekwentne - jak to kobiety. Chciałoby się wtedy pomóc, przytulić, może nawet pokochać - ale jak, skoro czasem nawet porozmawiać nie sposób. I dlatego są na ogół samotne, nawet w z trudem skleconych rodzinach. Takie są  uboczne skutki walki  o równy status, w wyniku której mężczyznom pozostał monopol na ciężką pracę fizyczną oraz wątpliwy przywilej późniejszej emerytury.
Na skrzyżowaniu niedaleko domu gromadził się tłumek - był wypadek. Niegroźny - zwykła stłuczka. Poznałem mercedesa wytwornej pani, wbitego w dostawczy furgon. - Co tu się stało? - zapytałem pierwszego z brzegu gapia.
        -Ale, panie, cyrk! Baba wjechała  na czerwonym świetle, walnęła w furgonetkę, wyskoczyła i zaczęła krzyczeć do kierowcy transita: „Co pan zrobił, nie widział pan, że ja jadę?”
W domu też doszło do kolizji, bo moja pani wróciła z pracy i czekała na obiad, a ja się oczywiście spóźniłem. Ale udobruchałem ją jakoś, postawiłem wodę na pierogi, a ona poszła się przebrać w strój domowy. Swoją garsonkę powiesiła w szafie.