FRAU TONI
Nie pojechałem w tym roku na groby bliskich. Nie, nie dlatego, że nie mam samochodu -nawet gdybym miał, to bym się bał wyruszyć w długą podróż ze strachu przed korkami, wypadkami, policją, pijakami za kierownicą, fatalnymi drogami czyli codziennością naszej komunikacyjnej nędzy. Nie wsiadłem do pociągów byle jakich, bo mnie na to zwyczajnie nie stać - moje skromne dochody na mocy decyzji mokotowskiego Urzędu Skarbowego w całości zawłaszczył Skarb Państwa - bezlitosny w prześladowaniu bezbronnych obywateli, a jakże często okazujący łaskawość cwaniakom- organizatorom przekrętów, mafiosom i złodziejom.
Zostałem więc w domu, wspominając nieprzebraną rzeszę ludzi, którzy przewinęli się przez moje długie życie, a których dziś nie ma między nami. Jak żywi stanęli mi przed oczami znajomi i przyjaciele, którzy nieomal wczoraj odeszli - Krzysio Zaleski, reżyser i wspaniały kompan do rozmowy, radiowcy Janusz Kosiński czy Witek Pograniczny, kompozytor i autor Jacek Skubikowski, cudowna we współpracy Hanka Bielicka. Pamięć przywołała zmarłych przyjaciół:Jonasza Koftę, Andrzeja Jaroszewskiego, Annę Jantar, Andrzeja Zauchę. Jak wiele im zawdzięczam! Mógłbym długo wymieniać tych, którzy odcisnęli swoje ślady na mojej życiowej drodze, ale dziś chciałbym opowiedzieć o osobie, z którą spotkanie przyniosło refleksje, jakimi chcę się podzielić po latach, jakie upłynęły od tamtych zdarzeń.
Był rok 1957. Miałem trzynaście lat, właśnie skończyłem podstawówkę i na wakacje pojechałem do wujka. Był lekarzem, mieszkał w Gliwicach. Adres pamiętam do dziś :Wybrzeże Wojska Polskiego 8. Nad brudną , spienioną ściekami Kłodnicą stary budynek i ogromne, poniemieckie mieszkanie na parterze. -Tu jest salon, tu gabinet, tu sypialnie, tu pokój z telewizorem- ciotka z dumą pokazywała rozkład mieszkania. Ów telewizor stanowił wtedy "rzadkie dobro", podobnie jak i samochód / przedwojenna "dekawka"/, stojący za oknem.
- Tu jest kuchnia, za tą kotarą służbówka, ale tam nie wchodź, bo to pomieszczenie dla służącej. To Niemka.- Frau Toni, bitte kommen! - zawołała. Natychmiast pojawiła się stara, zasuszona kobieta. -To jest mój siostrzeniec- ciotka przedstawiła mnie staruszce.-Sohn aus schwester- usiłowała mówić po niemiecku. - Aha, Neffe- chuda kobieta wyciągnęła rękę- usiłowałem ją pocałować , ale wyrwała się, coś wymamrotała i zniknęła w kuchni.
Poznałem jej historię: przed wojną mieszkała w tym lokalu, wojna zabrała jej całą rodzinę, została sama jak palec. Jej miasto- Gleiwitz -zasiedlili przybysze ze wschodu, a ona, zgłoszona przez "Herr Doctor, guter mensch" jako pomoc domowa uciekała w ten sposób przed przymusową repatriacją do Niemiec nazywaną eufemistycznie "łączeniem rodzin", bo całe życie mieszkała nad Kłodnicą i tu,w tych teraz polskich Gliwicach chciała być pochowana. Nauczyła się trochę polskiego języka na tyle, aby zrozumieć polecenia, jakie pańskim tonem wydawała jej ciotka- rozparcelowana arystokratka : niech kupi, niech ugotuje, niech posprząta. Usiłowała rozmawiać ze mną łamaną polszczyzną: -Herr Anton , ja nie jada nach Deutschland, mein Heimat ist hier! Gotowała okropnie -zwłaszcza ulubiona przez”Herr Doctor” kapusta zasmażana to było jej kuchenne Waterloo. Ale zawsze chwaliliśmy jej obiady -blado się wtedy uśmiechała. Chciała przetrwać w swoim mieście – ale się nie udało.
Bo któregoś popołudnia nieszczęście Frau Toni zmaterializowało się w postaciach dwóch milicjantów, którzy przynieśli decyzję ówczesnych PRL-owskich urzędników. Nakazywała jej opuszczenie terytorium Polski w ciągu 48 godzin. Powód? Jest Niemką. Na nic zdały się koneksje wujka – zresztą występowanie w jej obronie wydawało się UB-owcom podejrzane. Frau Toni musiała wyjechać. Spakowaliśmy jej walizki,wujek pyrkającą dekawką odwiózł bagaż na dworzec. Poszliśmy pieszo: ja, ciotka i przymusowa repatriantka- bulwarem nad rzeką, potem ulicą Dworcową, dawniej Bahnhofstrasse. Frau Toni szlochała. Jej mokra od łez twarz w oknie wagonu wróciła do mnie w dzień zaduszny.
***
Jaki proces myślowy powoduje, że politycy, urzędnicy, sędziowie , prokuratorzy, policjanci -najczęściej przestają być ludźmi? Czy zdają sobie sprawę, jak bardzo potrafią skrzywdzić bliźniego swego, korzystając z tych okruchów władzy, jaką dysponują? Ustawy, zarządzenia, dyrektywy- to ich oręż! Posługując się nim potrafią odebrać choremu dziecku pieniądze na leczenie, bo jeden z rodziców przekroczył normę zarobków o 15 złotych, odesłać 17-letnią Ormiankę do Armenii, mimo, że wychowana od urodzenia w Polsce nie zna nawet języka przodków, zabrać bez zastanowienia piszącemu te słowa wszelkie środki utrzymania – i czerpać z tego zadowolenie, po niemiecku nazywane Schadenfreude - czyli radość z cudzego nieszczęścia, którego są przyczyną.
Patrząc na rozświetlone zniczami cmentarze zastanawiałem się, czy by dla tej wyalienowanej ze społeczeństwa kasty gnębicieli nie zorganizować osobnych miejsc pochówku. Nie godzi się chyba, aby kiedyś spoczęli wśród swych ofiar.
Frau Toni parę miesięcy po deportacji zmarła. Jej prześladowcy, zaopatrzeni w doktrynalne usprawiedliwienia, nie dopuścili, by dokonała żywota tak jak chciała, nad brzegiem brudnej rzeki, w mieście, które ukochała. Daj jej, Herr Gott, wieczne odpoczywanie.
A nam, żyjącym -odrobinę rozumu.