Pytania i odpowiedzi

 

       Napisała do mnie, z prośbą o wywiad, młoda osoba. Gabrysia Kowalska jest studentką dziennikarstwa, a więc sposobiącą się do tego zawodu, w którym rzadko można dziś odnaleźć uczciwych, czasem naiwnych, za to szczerych ludzi, wiernych swym ideałom. Bo, jak śpiewał kiedyś Bob Dylan -czas wszystko zmienia. A ludzi zwłaszcza. Ponieważ pani Gabrysia nie podlega jeszcze/ i mam nadzieję- nie będzie!/ aktualnym „kryteriom” polskiego dziennikarstwa - tym chętniej odpowiadam na jej pytania.

***

 G. Kowalska: Urodził się Pan w Tarnowie, młodość spędził w Rzeszowie i Krośnie, a osiadł w Warszawie. Co sprawiło, że tyle razy się Pan przeprowadzał?

  A. Kopff: Na miejsce urodzenia nie miałem wpływu, podobnie jak na kilkunastoletni pobyt w Rzeszowie spowodowany rodzinnym kataklizmem. Świadomą decyzję o zmianie miejsc zamieszkania podjąłem będąc pełnoletnim.  A potem, cóż - może to ciekawość świata połączona z  ryzykiem podejmowania wyzwań, jakie przynosiło mi życie? Może pogoń za marzeniami? Mój paradoks polega na tym, że  jak każdy "wieczny wędrowiec" tęsknię za stałą przystanią, a osiadli mi zazdroszczą, bo przecież "navigare necesse est". Jestem rozdarty między tymi opcjami.

 

 G.K. : Skąd u Pana wzięła się pasja do muzyki?

 A.K. : Tego nie wiem. Być może posiadanie predyspozycji do czegoś naukowo wytłumaczy psycholog, albo nawet psychiatra, a metafizycznie ksiądz. Ale pamiętam, kiedy jako czteroletnie dziecię usiadłem przed klawiaturą, zgromadzone na te okoliczność starsze panie zgodnie orzekły: "Jakie zdolne dziecko!"  Nie przykładałem się jednak do nauki gry na instrumencie - i dlatego do dzisiaj nie jestem  tzw. zawodowcem, staram się za to zachować dziecięcą wrażliwość na dźwięki. A próby kompozytorskie były odpowiedzią na pytanie- po co grać cudzą muzykę, kiedy w głowie tyle własnej. Wystarczy zapisać. A tego trzeba się już nauczyć - więc się nauczyłem. Sam.

 

 G.K. : Komponował Pan głównie muzykę rozrywkową, czy zdarzyło się stworzyć coś odmiennego, nietypowego?

  A.K. : Przyznam szczerze, że nic mnie nie obchodzą dość sztuczne podziały na muzykę rozrywkową, poważną, awangardową, złą, dobrą, skoczną, refleksyjną  etc. To stereotyp rozpowszechniony przez tych, którzy muszą "ponazywać wszystkie zwierzęta". Kiedyś utwory Mozarta rozbrzmiewały w knajpach, pieśni Moniuszki w dworkach - dziś słuchamy tej muzyki w filharmonii. Czy zatem chodzi o sztukę, czy o miejsce, w którym z nią obcujemy? Pisałem sporo  np. dla teatru, ale czy mogę uważać się za twórcę muzycznych spektakli? Z powodu popularności niektórych moich piosenek zaszufladkowano mnie do grupy "dostawców przebojów" i niech tak zostanie, bo jak powiedziałem - nic mnie to nie obchodzi. A słuchacze i tak wybierają sobie to, co się im podoba. W tej dziedzinie zawsze panowała demokracja.

 

  G.K. : Współpracował Pan z wieloma gwiazdami polskiej estrady, m.in. Anną Jantar, Beatą Kozidrak, Ireną Jarocką, Andrzejem Dąbrowskim, Andrzejem Zauchą czy zespołem Partita. Z którą ze sław  pracowało się Panu najlepiej i dlaczego?

   A.K. : Współpraca to trochę niewłaściwe określenie. Ot, napisałem dla  wymienionych przez Panią artystów kilka piosenek, przyznam jednak, że tworzenie dla tych, których się zna, daje najlepsze efekty. Stąd np. dla Anny Jantar napisałem „Nie wierz mi, nie ufaj mi”, nostalgiczną piosenkę, trafiającą w jej ówczesny nastrój, co przełożyło się w rezultacie na wspaniałe wykonanie. Bo piosenka to dzieło łączne -kompozytora, autora i wykonawcy. Całość wychodzi najlepiej, jeśli ta trójca dobrze się rozumie, a najlepiej, gdy łączy ich także przyjaźń – a tej nie chciałbym wartościować.

 

 G.K. : Komponował Pan również piosenki dla Kabaretu Olgi Lipińskiej.

 A.K. : Olga Lipińska zaproponowała mi to zajęcie w roku 1993 i trwało ono do końca istnienia Kabaretu.  Było dla mnie wspaniałym doświadczeniem - musiałem przestawić swój styl pracy : zacząłem pisać do powierzonych tekstów, bywać na próbach, pracować z aktorami, ilustrować muzycznie pomysły pani reżyser, która jest osobą genialną, pewnie dlatego dość trudną we współpracy. Zresztą, jak  twierdzi, ja też nie jestem aniołem. Napisałem ponad osiemdziesiąt piosenek - niektóre naprawdę się udały! Szkoda, że przepadły w telewizyjnych archiwach.

 

  G.K. : Każdy artysta ma jakieś źródło inspiracji. Jakie jest Pana?

  A.K. : Pani się zdziwi - takie jak Pendereckiego. To – zamówienie, oznaczające, że ktoś chciałby tego, co skomponowaliśmy - słuchać. Mistrz jest w znacznie lepszej ode mnie sytuacji – dla niego orkiestra jest wykonawcą, a nie konkurencją. W mojej branży niemal wszyscy  wokaliści piszą  teraz sami zarówno teksty, jak i muzykę, choć doprawdy niewielu może to czynić bez artystycznej żenady. Ale im nie chodzi o sztukę, lecz o kasę. Kiedyś nadejdzie oprzytomnienie, bo kiedy sztuka kiepska, to i kasa marna. Trzeba poczekać.

 

  G.K. : To czym Pan się teraz zajmuje?

  A.K. : Piszę felietony, piszę bloga, oraz czasem gadam w Superstacji – a muzyka gra mi wyłącznie w duszy. Jest pogodna, wesoła i całkowicie moja. W sam raz dla egocentryka, który przecież w każdym z nas siedzi.

 

  G.K. : Jakieś plany -marzenia do realizacji?

  A.K. :  Marzenia młodzieńcze chyba się spełniły. A plany? Chciałbym przygotować płytę z utworami, które najbardziej cenię ze swego muzycznego dorobku i  wydać książki – historię rodziny oraz zbiór felietonów. Ale w tym celu musiałbym ukrócić nieco swe przysłowiowe lenistwo i zebrać się na odwagę, by prosić Boga o jeszcze trochę czasu na realizację tych zamierzeń.

   

  G.K.: Dziękuję za rozmowę.

a.kopff@wp.pl

czytaj także   www.1944kopff.bloog.pl