Krew, pot i łzy

 

       Były poseł Platformy Obywatelskiej, były przewodniczący jej klubu parlamentarnego, były burmistrz dolnośląskiego Żarowa - Zbigniew Chlebowski po niemal miesięcznym milczeniu - dał głos. Dźwięki, jakie z siebie wyartykułował zostały zarejestrowane i w formie pisemnej ukazały się w prasie. "Zbychu" opowiada o sobie -o traumatycznych przeżyciach związanych z ujawnieniem jego rozmów z biznesmenami od hazardu, o żalu za  zwichniętą "gigantyczną", jak powiada, karierą, a także o  rodzinie, której obecnie z powodu utraty stanowisk, może poświęcić  więcej czasu. Pan Chlebowski nie szczędzi też opisów bólu, jaki odczuł wraz ze stratą swojej dotychczasowej pozycji. "Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim, moja droga kariero tym zniknieniem swoim"- powtarza prawie dosłownie za Kochanowskim. Pustkę tę stara się wypełnić, zalewając otoczenie płynami fizjologicznymi własnej produkcji. Odczuli to w pierwszej kolejności dziennikarze przybyli na konferencję prasową, zwołaną przez posła - pot zalewający jego twarz  zmoczył najbliżej stojących. Ale to nic w porównaniu z groźbą powodzi na Dolnym Śląsku - pan Zbigniew schronił się bowiem w swym żarowskim mateczniku i z rozpaczy ronił tam , jak sam przyznaje, obfite łzy przez następny miesiąc. Wezbrały strumyki i rzeki, a w nas, czytających ten wstrząsający opis cierpień polityka miała wezbrać litość i chrześcijańska chęć przebaczenia. Ale nic z tego!

  Żadna fontanna łez, którą zaprezentowała pani Sawicka, a teraz kolejną popisuje się pan Chlebowski, nie zmieni publicznej opinii o polskim parlamencie. Przeświadczenie, że okupuje go wielka grupa nieudaczników - ludzi pozbawionych moralnego kręgosłupa, podatnych na pokusy i naciski płynące zewsząd, lekkomyślnych w poczuciu bezkarności  i naiwnych jak dzieci w sprawach wagi państwowej- stało się powszechne. Coraz częściej pojawia się więc pytanie: skąd oni się tam wzięli?! Jak dostali votum zaufania od wyborców panowie  Gosiewski, Ziobro czy pani Kempa? Kto lub co stoi za przydzieleniem fotela poselskiego p.Rackiemu z PSL-u, który „zdobył” niespełna 5 000 głosów i to jest na razie jego jedyny sukces jako parlamentarzysty? Odpowiedź jest prosta -to nasz system wyborczy, faworyzujący, także finansowo, zaciekłe partyjniactwo. W praktyce wygląda to tak, że lider ugrupowania, lansowany całodobowo, jak przykładowo Jarosław Kaczyński, jest „lokomotywą” ciągnącą za sobą wagony z pasażerami, których listę sam ustala, a wyborcy nie mają  wpływu na zawartość „składu” dojeżdżającego na Wiejską. Stąd mało tam „mężów stanu” -za to obfitość wiernych wodzom miernot, służących do posłusznego podnoszenia rąk w czasie głosowań. Stąd np. Chlebowski.

   W jednym z ostatnich programów Tomasza Lisa wypowiadali się posłowie -Kalisz, Karpiniuk i Girzyński : „ordynacja wyborcza jest zła, bo niesprawiedliwa” -to, o dziwo, zgodny wniosek trzech panów, na codzień skłóconych w bataliach o władzę. Czyżby dostrzegali, co akurat dobrze o nich świadczy, zagrożenie dla demokracji płynące z coraz bardziej widocznej niechęci społeczeństwa do uczestnictwa w wyborczej ruletce? Wszak ten hazard nie jest w łaskach u ludzi, o czym świadczą sondaże,  dające parlamentowi wybranemu na dotychczasowych zasadach najgorsze notowania w historii.

  Na reformę ordynacji jednak się nie zanosi. Bo kto niby miałby ją zainicjować? Obietnice, jakie składała Platforma w sprawie wprowadzenia okręgów jednomandatowych i premiowania lokalnych osobistości wraz z jej dojściem do władzy odłożone zostały ad calendas Graecas , nie tylko one, zresztą. Opozycja byłaby może chętna, ale pod warunkiem pewności wygranej. Dziś głosy liczy się według tzw. metody D'Hondta – ta jest de facto rankingiem partii. I dlatego walka o sejmowe stołki jest w gruncie rzeczy rozgrywką wewnętrzną- o miejsca na partyjnej  liście.  Te kłótnie mało obchodzą obywateli, dlatego mają to gdzieś i w większości nie głosują.

  Tymczasem wystarczyłoby odstąpić od pokrętnych i nieczytelnych metod liczenia głosów i wprowadzić zasadę- do parlamentu z danego okręgu, na który przypada, powiedzmy, 10 miejsc w Sejmie, wchodzą ci, którzy uzyskali dziesięć najlepszych wyników. Kropka. Żadnych przeliczników, bonifikat i innych kombinacji! Wtedy może  przez uchylone nieco drzwi poselską pracę - tak, pracę!-  otrzyma więcej ludzi godnych i kompetentnych, a nawet /co dziś niemożliwe!/ bezpartyjnych, a zmniejszy się liczba pyskaczy i awanturników, upatrujących w nieustannej rozróbie szansy przetrwania na intratnych posadkach.  I taki pan Chlebowski, podsumowując swój dorobek ostatnich tygodni, nie mógłby, jak teraz, twierdzić, że „był na politycznym dnie”, sugerując, że się właśnie od dna odbija. On by tam, w otoczeniu wielu koleżanek i kolegów z ław sejmowych - pozostał.

   Wątpię, czy w polskim parlamencie znajdzie się kiedykolwiek grupa odważnych, która podejmie się przeprowadzenia ustawy zmieniającej prawo wyborcze. Za dużo mogliby stracić beneficjenci dotychczasowego systemu. I choć w większości wyznają zasadę madame Pompadour : „apres nous le deluge”- po nas choćby potop, to gdyby spowodowały go kaskady łez wylanych  na wzór Chlebowskiego przez odsuniętych od władzy nieudacznych polityków – niech będzie, przetrzymamy! Ale może się zdarzyć, że naród wcześniej krew zaleje.

 

 

a.kopff@wp.pl

czytaj także www.1944kopff.bloog.pl