O niczym?
Mam okropny problem - nie wiem, o czym pisać. Pisać muszę, bo staram się rzetelnie wypełniać zamówienie, a różni się ono tym od podobnych, składanych dziennikarzom popularnych gazet, że daje mi wolną rękę w wyborze tematu. I to jest właśnie strasznie uciążliwe. Gdybym pracował w "Rzeczpospolitej", jej naczelny od razu by mnie poinstruował, jak trzeba opisywać rzeczywistość: np. "Kolejna afera w Platformie - dokumenty dostaniemy jutro”. W publicznej telewizji mógłbym pod światłą redakcyjną opieką pani Gargas nakręcić cykl programów "Kto zniszczył IV RP", zaś "Trybuna" mimo braku pieniędzy zapłaciłaby mi za problemowy artykuł "Klasa robotnicza na pastwie liberałów". No, nie wiem, czy by zapłaciła -obiecałaby na pewno. A tak, pozbawiony dyrektyw od mojego szefa, spróbuję coś naskrobać, ale nie bardzo wiem o czym, bo aktualne tematy już doszczętnie wymłócono.
Zabiorę więc trochę miejsca w gazecie pisząc o niczym. A to "nic" - to polska racja stanu. Pięknie brzmi, prawda? A co dziś oznacza dla walczących ze sobą podłymi metodami politycznych giermków? Tylko tyle, że w praktyce można tego zwrotu użyć na jakimś wiecu w celu dokopania konkurencji: "Oni nie liczą się z polską racją stanu". Fraza ta powtarza się w wystąpieniach wielu polityków, głównie tych, którzy nie mają nic mądrego do powiedzenia.
Tymczasem owa "racja"- to dbanie na codzień o wizerunek Polski. Ten, który dziś szarga każdy- prezydent, który kłóci się z premierem o samolot i miejsce przy stole , a przez ponad pięćset dni nie podpisuje ważnego europejskiego traktatu. Nie, bo nie! Premier, który stanowiska w rządzie obsadza ludźmi o mentalności i manierach małomiasteczkowych kacyków. Posłowie opozycji, uniemożliwiający pełnym chamstwa i inwektyw słowotokiem jakąkolwiek dyskusję, media, kłamliwe i zblatowane, służby coraz mniej tajne, urządzające polowania na wyznaczone ofiary, wreszcie my sami, którzy nie reagujemy na te zjawiska -bo albo daliśmy się wciągnąć w to bagno, albo zobojętnieliśmy.
"Polska racja stanu" to nie rozdzieranie szat nad losem Polańskiego, ani dyskusja o in vitro, to nie kreowanie afer i dzielenie się "uzasadnionymi podejrzeniami", to nie podsycanie niechęci do sąsiadów i "polityka historyczna". Więc co to jest?
To potrzeba ustawicznego i uczciwego dyskursu o naszym państwie. Dlaczego jest takie, jakie jest, a przede wszystkim - jakie powinno być. I że trzeba znowu zacząć od posprzątania, także po tych, którzy przez dwadzieścia ostatnich lat naśmiecili co niemiara, a wielu do tej pory zachwaszcza nasze życie. I tu pytanie do Platformy - kiedy można liczyć na spełnienie waszych obietnic o zmianie ordynacji wyborczej? Że co, że teraz nie pora i wam się nie opłaci? Może. Ale opłaci się Polsce, do cholery! Najwyższy czas wymieść z parlamentu obrotne miernoty, które tam siedzą z powodów matematyki wyborczej i partyjnych przynależności. A kiedy ciało ustawodawcze zacznie przypominać zgromadzenie ludzi normalnych, trzeba się zabrać za rzeczywiste reformy- usprawnić sądy, uprościć system podatkowy, zająć się na serio edukacją i służbą zdrowia, odchudzić administrację, a najważniejsze -uczynić podmiotem społeczeństwo, a nie uprzywilejowaną kastę - tzw. „klasę polityczną” i jej koniunkturalne zaplecze.
To mógłby być temat do poważnej debaty, ale nie jest. Bo na tapecie są sprawy daleko ważniejsze: że baca Kamiński w Tuska gównem rzucał i ”czy go zabił, czy nie zabił, w każdym razie go osłabił”, że pan Chlebowski rzucał mięsem przez telefon i że agent Tomek to ta „przystojna mężczyzna” /co można sprawdzić w komórkowych telefonach/, co rzucała się na bezbronne kobiety za państwowe pieniądze. Wspomniani „miotacze” mają swoje racje - bardzo polskie, ale grubo poniżej stanu.
Dlatego wolę już pisać „o niczym”.
a.kopff@wp.pl
czytaj także www.1944kopff.bloog.pl