Minister na czatach

 

         Wśród niezliczonej ilości centralnych  urzędów są co najmniej trzy, które zajmują się sprawami  abstrakcyjnymi. To ministerstwa - zdrowia, sprawiedliwości i kultury. Co prawda, ministerstwo zdrowia ma realny wpływ na nasze życie, bo z przygotowanego przezeń wykazu zwanego koszykiem świadczeń  możemy się dowiedzieć, na jakie choroby umrzemy, bo nie podlegają leczeniu. Ministerstwo sprawiedliwości nie gwarantuje, że doczekamy  w podległych mu sądach jakichś, nawet niesprawiedliwych wyroków w możliwych do przewidzenia terminach. Co robi ministerstwo kultury, dowiedziałem się niedawno. Stało się to za przyczyną poczty mailowej, skutecznie zastępującej dawną - pantoflową. Otóż na mojej skrzynce wylądował następujący komunikat: „Co krępuje rozwój twórczości w Polsce? Czat z ministrem Bogdanem Zdrojewskim.” Dalej wyczytałem,  że ministerstwo szykuje pakiet zmian legislacyjnych, które będą przedmiotem dyskusji na Kongresie Kultury Polskiej we wrześniu w Krakowie i że można będzie swoje uwagi na ten temat  zgłaszać mailem. Na koniec zadano pytanie wiekopomne :”Jak powinno wyglądać finansowanie instytucji artystycznych w Polsce” i zapewniono, że do propozycji  pan minister ustosunkuje się w internecie.

    Szanowny Panie Ministrze!

  Przepraszam, że nie wziąłem udziału w Pańskim czacie, a na Kongres zapewne mnie Pan nie zaprosi. I dobrze, gdyż uważam za stratę czasu uczestnictwo w seansach  bicia piany. Dlaczego? Bo przecież każdy, kto otrzymane z ministerstwa  zawiadomienie właściwie odczytał, zorientował się, że odpowiedź na pytanie, „co krępuje rozwój twórczości” jest zawarta w tym samym piśmie. To - ”finansowanie instytucji artystycznych”! Mówiąc krótko –  minister kultury przyznaje, że nie ma wpływu na  twórczość, natomiast ma pieniądze. A tam, gdzie są pieniądze, znajdzie się kupa chętnych na nie pseudo-twórców. Będą zawracać  Panu głowę swoimi projektami i czarować opowieściami o dziełach, jakie powstaną dzięki Pańskiej hojności: o performance-ach  polegających na pomalowaniu miasta na niebiesko, o konieczności stworzenia muzeum garnków emaliowanych, o potrzebie otwarcia teatru jednego widza lub ekranizacji elementarza. Ale ci, jak to dawniej mówiono „działacze kultury”, dziś zwani „animatorami” lub „menedżerami” -to przecież nie „twórcy”, a co najwyżej sprytni pośrednicy -specjaliści od wyciągania kasy od naiwnych sponsorów, do których niestety i pańskie ministerstwo trzeba zaliczyć. Zaś tzw. instytucje artystyczne to najczęściej miejsca finansowej stabilizacji osób tam zatrudnionych i opłacanych z pieniędzy podatników, w których prawdziwi twórcy są niechcianymi gośćmi.  

   Bycie „twórcą” oznacza bowiem stan ducha, nie materii. Niestety, uwagę zwykłych zjadaczy chleba przyciąga głównie stan majątkowy. „Ile pan zarobił”, „czym pani jeździ”, „Skąd pan wziął na tę willę” -te wnikliwe pytania żurnaliści zadają wielu znanym postaciom ze świata kultury. Tymczasem różnica pomiędzy talentem a sprytem w tej dziedzinie polega z grubsza na tym, że dla utalentowanych ewentualne pieniądze są ubocznym skutkiem, a dla spryciarzy – najważniejszym celem podejmowanych przez nich działań. Trudno odróżnić jednych od drugich w dobie wszechobecnej komercjalizacji i tu ma Pan odpowiedź na pytanie, czym skrępowana jest oryginalna, polska twórczość. I nie chodzi tu tylko o sztukę. A nauka? A wynalazczość? A filozofia? Ostatni mohikanie odchodzą, a co po nich? Gromada mianowanych celebrytów, ulubieńców tabloidów i publicznej rzekomo telewizji, która „misją” nazwała produkcję durnych seriali, a „Kulturę” wpuściła w słabo dostępny kanał?

     Proszę zwrócić uwagę, jak wielkie dzieła powstawały w XIX wieku, a ich twórcy -Szopen,  Mickiewicz, Słowacki, a potem  Moniuszko, Prus czy Matejko nie korzystali z dotacji, bo wtedy nie było ministerstw, a nawet państwa polskiego. Za to naród, który dzisiaj tak lubi zaglądać współczesnym ludziom kultury do portfeli nie pytał, czy ich stać na wille- wdzięczni rodacy sami  fundowali im dworki - np. Sienkiewiczowi w Oblęgorku czy Konopnickiej w Żarnowcu . Może nie od rzeczy byłoby, aby proponowana przez Pana dyskusja doprowadziła do stworzenia wykazu niepotrzebnych instytucji, udających dla pozyskania funduszy z publicznej kiesy działalność na kulturalnej niwie. Pański resort tę listę mógłby otwierać.

   Żal mi Pana, bo będąc człowiekiem „na poziomie”, stanął Pan na czele struktury, która rzadko kiedy w ostatnich czasach trzymała jakikolwiek poziom. Nie będę się cofał do lat panowania Sokorskiego. Ale warto wspomnieć, że wiceministrami kultury  nie tak dawno byli np. Ryszard Czarnecki czy Aleksandra Jakubowska. Czy można poważnie traktować takie ministerstwo?

  Współczuję Panu szczerze, bo rozumiem, że  premier żąda od swych ministrów spektakularnych działań -stąd pewnie idea Kongresu Kultury, który jak nic będzie hałaśliwą i dętą imprezą. Tymczasem twórczość jest bardzo osobistą, intymną sprawą  -nie nadaje się do kongresowych debat, bardziej do dywagacji psychologów, czy nawet  psychiatrycznych diagnoz. Ale jeśli ma Pan dylemat, jak wydać pieniądze -proszę być spokojnym, na pewno się uda. Z tym, że na wdzięczność obdarowanych beztalenci proszę nie liczyć -zawsze będą krzyczeć, że dostali za mało.

                                                                                       

a.kopff@wp.pl

czytaj także  www.1944kopff.bloog.pl