Lekcja historii
Pozwólcie, drodzy Czytelnicy, że rozpocznę ten powakacyjny felietonowy kontakt z Wami od wspomnień. Okazją jest rocznica wybuchu II wojny światowej, ale także rozpoczęcie roku szkolnego. Te dwa wydarzenia łączy data - choć 1 września 1939 roku zajęcia w szkołach się nie odbyły, bo niedoszli uczniowie postawieni zostali od razu przed koniecznością zdawania egzaminów z przedmiotów najważniejszych : odwagi, patriotyzmu, a nade wszystko -umiejętności przetrwania w nieludzkich okolicznościach. Nie wszystkim się udało.
Kiedy w latach pięćdziesiątych pobierałem nauki w rzeszowskim liceum, historii uczyła surowa i wymagająca pani Majgierowa. Była świetnym, jeszcze przedwojennym pedagogiem, wtłoczonym w ówczesny system szkolnictwa, którego zadaniem było wychowywanie młodego pokolenia w duchu jedynie słusznej doktryny, narzuconej przez „ radzieckich wyzwolicieli”. Pani profesor wypełniała to zadanie z nieskrywanym obrzydzeniem - kujonów, podręcznikowymi sloganami o walce klas odpowiadających na pytania o wojnę trojańską czy szwedzki potop, odsyłała na miejsce z "tróją" , po czym "uzupełniała" ich wypowiedzi właściwą interpretacją przyczyn krwawych manifestacji ludzkiego obłędu. Moja młodzieńcza głupota mogła narazić ją na poważne konsekwencje, gdy na lekcji, poświęconej przebiegowi wojny 1939 roku, kolega -dziś ważny przedstawiciel rzeszowskiego establishmentu -recytował oficjalne bzdury o zgniłej sanacji, o zdrajcach uciekających przez Zaleszczyki i o nieudolnych dowódcach, a ja wstałem i zapytałem : -Dlaczego Polacy broniący się przed hitlerowcami nie wycofali się za Bug? Klasa zamilkła, w oczekiwaniu odpowiedzi na to wtedy tak bardzo prowokacyjne pytanie. Bo przecież wszyscy wiedzieli -dlaczego, tylko mówić o tym było niebezpiecznie. Pani profesor przez chwilę milczała, poczem odrzekła: -Tego nie ma w podręcznikach, ale zapytajcie rodziców- i wyszła z klasy, ocierając ukradkiem oczy. Znacznie później dowiedziałem się, że przed wojną mieszkała we Lwowie.
Przez lata całe, kiedy to skutkiem wojny było zniewolenie naszego kraju przez Stalina i jego następców, prawda, o jakiej nie mogła mówić moja nauczycielka, była skrzętnie zamazywana. O dramatycznych przeżyciach trzydziestego dziewiątego roku opowiadała mi babka – o ucieczce przed Niemcami aż pod Lwów i o gwałtownym powrocie na wieść o wkroczeniu Armii Czerwonej. -Poszliśmy we wrześniu na poniewierkę- mówiła- a jeszcze w sierpniu byłam z mężem na wczasach na Helu- i pokazywała zdjęcia z ostatnich, przedwojennych wakacji. Mam te fotografie do dzisiaj, a i pewnie niejeden z Czytelników przechowuje podobne. Może teraz, kiedy dożyliśmy czasów wolności – warto by pokazać je na jakiejś mniej oficjalnej wystawie, dokumentującej żywą pamięć o tamtych latach. Może opublikować w „Południu”?
Wojna, w wyniku której Polska utraciła niepodległość na długie lata i która zabrała nie tylko dobytek pokoleń, ale i życie wielu obywateli – ta wojna skończyła się dla nas naprawdę dopiero w 1989 roku. Szkoda, że tego faktycznego końca wojny nie czcimy tak uroczyście, jak jej początku. Cóż, do obchodzenia rocznic radosnych dla nas wydarzeń musimy się przyzwyczajać powoli – zbyt długo żyliśmy w atmosferze narodowej martyrologii. Ale warto także zachować czujność i nie lekceważyć sygnałów pochodzących ze środowisk i krajów, których historia niczego nie nauczyła. Wielu z nas pojęło już, jak łatwo oszalała władza przy pomocy umiejętnie spreparowanych haseł i terroru może zwykłych, normalnych ludzi zamienić w dzikie zwierzęta. Lekcje, jak się temu przeciwstawiać, powinny być obowiązkowe na całym świecie.
Lekcje spreparowanej po wojnie historii w I Liceum Ogólnokształcącym im. Stanisława Konarskiego w Rzeszowie – jednej z najstarszych szkół w Polsce, były obowiązkowe, ale nie spełniły pokładanej przez ówczesny reżim nadziei na ideologiczną indoktrynację. Wykłady tego przedmiotu, wygłaszane przez prof. Majgierową różniły się znacznie od podręcznikowej wersji, zmuszały bowiem do samodzielnych poszukiwań prawdy -niedostępnej w szkolnych programach. Kiedy na maturalnym egzaminie, jako jednemu z nielicznych postawiła mi „piątkę” porozumiewawczo mrugając okiem -zrozumiałem cel, jaki jej przyświecał. A wdzięczność dla niej zachowam do grobowej deski.
Pewnie dlatego na stare lata chwyciłem za pióro, bo cieszę się, że mrugać już nie muszę. Nikt nie musi!
a.kopff@wp.pl
czytaj także: www.1944kopff.bloog.pl