TW Estreicher

 

            Ostatnio rzadko jeżdżę do Krakowa - niewielu krewnych tam przetrwało, bo  życiowe drogi rozeszły się na przestrzeni wieków, jakie dzielą nas od daty przybycia do tego pięknego miasta naszych przodków. Znajomych z czasów bujnej młodości też trudno spotkać - emerytura posłała ich w przedsionek niepamięci. Niektórzy padli ofiarą czystek lustracyjnych, które w Krakowie zebrały całkiem obfite żniwo i skazani pomówieniami na jakże często niezasłużony ostracyzm unikają kontaktów w obawie, że na ich widok dawni koledzy przejdą na drugą stronę ulicy.

          Okazja, dzięki której znalazłem się pod Wawelem była  niecodzienna. W dwudziestą piątą rocznicę śmierci Karola Estreichera jr. w odremontowanym domku na Woli Justowskiej otwarto Muzeum rodu Estreicherów. Zebrał się „cały Kraków” - zabrakło, jak zwykle, patronów honorowych -prezydenta Majchrowskiego i kardynała Dziwisza, których reprezentowały mniej godne substytuty. Ale nazwiska zebranych w drewnianej "willi" ludzi nauki, kultury i sztuki były najwyższej próby - dojrzałem np. dyrektora Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego, następcę Estreichera w gmachu Collegium Maius - prof. Waltosia. Wreszcie prawdziwych historyków spotykamy coraz rzadziej, dziś bowiem to miano, wraz ze stosownym rozgłosem i apanażami, można otrzymać za opisy sikania do wody święconej.

       Zebrani obejrzeli to, co po śmierci profesora uratowano przed grabieżą i dzięki staraniom obecnego prezesa Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, które w XIX wieku zakładali między innymi dziadek profesora -Karol Estreicher senior i mój pradziad - Wiktor Kopff - pokazano w skromnym domku przy Sarnim Uroczysku. Ze wzruszeniem obejrzałem zbiory, wśród nich wiekowe fotografie moich, blisko spokrewnionych z Estreicherami przodków. Jeszcze tylko pożegnanie z prezesem Zbigniewem Witkiem  oraz chodzącą i energicznie działającą - żywą encyklopedią rodu Estreicherów, panią Anną Joniak i obdarowany ogromną księgą -V tomem "Dziennika wypadków" Karola Estreichera, zawierającą zapiski profesora z lat 1973 -1977, wyruszyłem do Warszawy.

   Po drodze zastanawiałem się, czy postać Karola Estreichera jest dostatecznie znana mieszkańcom stolicy. Bo kto dziś pamięta, że rewindykując po wojnie zagrabioną narodową spuściznę, przywiózł do Polski nie tylko ołtarz Wita Stwosza, ale odnalazł również obrazy Canaletta, dzięki którym udało się zrekonstruować spore fragmenty zburzonej Warszawy. Ród Estreicherów to także związani od pokoleń z Mokotowem Szustrowie. Czytam list, jaki z Warszawy nadesłał brat mojego pradziadka -Juliusz Kopff,  który zatrudniony przez Kronenberga pracował przy budowie kolei warszawsko- terespolskiej- ”Mieszkam u Antoniego Estreichera, wigilia była u Schustrów”. Ów  Antoni – to brat Karola Estreichera seniora, zasłużony warszawski lekarz. I jeszcze familia spowinowaconych Christianich – generał z czasów Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego Franciszek Ksawery Christiani był bardziej sprawnym niż dzisiejsi- budowniczym dróg, które wiodły z Warszawy do Krakowa, Białegostoku  i Mińska. Jadąc do domu jego szlakiem mijam wieś Orońsko, gdzie osiadł na stare lata -pod Radomiem, w którym jego imieniem nazwano ulicę. W Warszawie żaden z Estreicherów podobnego zaszczytu nie doczekał.

    Może dlatego, że w stolicy, siedzibie  Naczelnego Sądu Kapturowego zwanego IPN-em - postać Karola Estreichera zostałaby gruntownie prześwietlona. Nie łudźmy się – „dowody współpracy” są druzgocące. We wspomnianym „Dzienniku wypadków” profesor przytacza swoje rozmowy z Billem, pracownikiem bezpieki, wspomnianym  ostatnio przez Wildsteina. Powód? Zażyłe kontakty z Antonim Słonimskim, inwigilowanym przez SB do ostatnich chwil życia. Po każdym z nim spotkaniu - wizyty esbeka. Przesłuchania, dokładnie w „Dzienniku” opisane.   Smarkacze - IPN-owscy „historycy” w swoich ukochanych  papierach znajdą potwierdzające zapiski i będą mogli „dołożyć” pośmiertnie prof. Estreicherowi- najlepiej tytuł „Tajnego współpracownika”! Nie obroniłby się, nawet gdyby żył. A że fakty były inne? Biada faktom! Biada autorytetom! Zasłużony dla Polski profesor za życia miał wielu wrogów i zniósł wiele -upokarzany i obrażany przez partyjnych rektorów UJ, którymi głęboko gardził, podobnie jak ustrojem, który  wyniósł do uniwersyteckiej władzy „świnie” /język miał barwny/, z którymi musiał się układać dla obrony  polskich pamiątek zebranych w Muzeum Uniwersytetu. To by go pogrążyło ostatecznie.

        Zmarł dwadzieścia pięć lat temu, nie doczekał więc czasów, gdy pokolenie   wychowanków Klimaszewskiego, Lepszego, Karasia dorwało się do swej „misji dziejowej” -odkrywców „gówno-prawdy”. Zatruta jabłoń wydaje zatrute owoce. Stąd Kurtyka, Ziobro i inni. Soczystą inwektywę pod ich adresem  kto chce, niech  znajdzie w oryginalnym tekście  z dzienników profesora. Będzie pasować. Bo choć ustrój podobno się zmienił– esbeckie metody przetrwały, tylko teraz posługują się nimi strażnicy narodowego śmietnika. Ale, wbrew ich wysiłkom, dobra pamięć  o takich ludziach, jak prof. Karol Estreicher jr trwa, jak każda prawda, a nie „oczywista oczywistość”. Takie miałem wrażenie w czasie uroczystości w drewnianym domku na Woli Justowskiej i obym się nie mylił.

 

Dziennik wypadków”-Karol Estreicher jr.Wydawca :Pałac Sztuki Towarzystwa  Przyjaciół Sztuk Pięknych .Redakcja: Anna Maria Joniak. Kraków 2006.

 

                                                                               a.kopff@wp.pl