Modlitwa

 

 

           Od wielu już lat mieszkam w najpiękniejszej chyba części starego Mokotowa - w enklawie małych willi, domków i segmentów otoczonych troskliwie pielęgnowaną zielenią, położonej między Parkiem Dreszera a ulicą biskupa Woronicza. Ten kawałek przedwojennej Warszawy, wtedy położony na jej peryferiach, dziś z racji gigantycznego rozwoju miasta jest blisko  jego centrum i dlatego od dawna budzi apetyt różnych architektonicznych wizjonerów, sprzężonych z chciwymi deweloperami i budowlanymi potentatami na jego odmienne od dotychczasowego zagospodarowanie. To jest zresztą, rzec można, już tradycja, bo   projekty zmian powstały tuż po wojnie – niektóre niestety zrealizowano. Wtedy zaczęły się pierwsze nieszczęścia - przedwojennych właścicieli albo wygnano, albo "zagęszczono" im tzw. metraż lokatorami z kwaterunku, ich samych sprowadzając do roli administratorów posesji, co polegało na płaceniu podatków, ponoszenia kosztów utrzymania budynków, ”nadzianych” dewastującymi je przymusowymi współmieszkańcami oraz sprzątania i odśnieżania chodników.  Usprawiedliwiano ustrojowymi pryncypiami plan pognębienia dotychczasowych właścicieli, uznanych przez władzę ludową za  burżuazyjnych ciemiężycieli klasy robotniczej.  Ci "wrogowie ludu" to byli na ogół drobni kupcy, rzemieślnicy, przedwojenni urzędnicy, a także artyści, którzy tu znaleźli ciszę i spokój. Niepewny klasowo element na wszelki wypadek odgrodzono od zdrowej części narodu blokami mieszkalnymi od strony Alei Niepodległości i ulicy Woronicza, przeznaczonymi zrazu dla pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którego gmach wzniesiony przy ulicy Malczewskiego został jednak w końcu siedzibą Polskiego Radia. Ale stało się w mikroskali to, co w Krakowie, który miała zdominować Nowa Huta-  klimat miejsca stworzony przez  starych mieszkańców wciągnął nowoprzybyłych. Doszło do tego, że przedstawiciele ówczesnej władzy sami zapragnęli dołączyć do grona mokotowskich posesjonatów. Chwytali się przy tym różnych sposobów. Nieżyjący już sąsiad, właściciel  sporej działki, po powrocie z urlopu zastał ją okrojoną do połowy, a na miejscu wyciętych modrzewi stał naprędce sklecony szkaradny domek. Jego mieszkaniec był z gatunku osób "nie do ruszenia”, więc interwencje były bezskuteczne i budowla stoi do dzisiaj.

         Na ten ukwiecony, pachnący kwiatami mokotowski skrawek Warszawy trwa nieustanna agresja – teraz z innych niż ustrojowe powodów. Główny powód -  to dobra lokalizacja. Fakt. Bliskość centrum, metro, świetna komunikacja autobusowa i tramwajowa, a przy tym zachowana mimo wszystko intymność, podtrzymywana przez kolejne pokolenia zamieszkujące małe domki przy wąskich uliczkach. Niestety, coraz częściej te domki nie są już małe. Bo oto najazd współczesnych budowniczych przyniósł rozmaite nadbudowy, wykorzystywanie najmniejszych nawet placyków do wznoszenia obiektów dla nowobogackich, nie wyłączając snobistycznych, pseudonowoczesnych apartamentowców. Giną pod łopatami wypielęgnowane latami ogródki, niknie zapach wyciętych jaśminów, bzów i zadeptanych konwalii, soczystą zieleń traw zastępuje kostka brukowanych podjazdów i parkingów. I po trosze ginie także genius loci – duch tego zakątka stolicy, podtrzymywany  choćby przez niespotykaną w blokowiskach zażyłość sąsiedzką i świadomość wspólnego powojennego losu, rozpoczętego osławionym dekretem Bieruta. Nie ma już starszej pani, która stojąc z koszem przy furtce pytała : -Nie chcą państwo winogron? U mnie tak pięknie obrodziły!

      Nie zdziwiłem się zatem, gdy odwiedził mnie jeden z mieszkańców naszej uliczki. -Podpisz, proszę –pokazał mi pismo- to list protestacyjny w sprawie budowy nowego apartamentowca. Wyobraź sobie, jakiś deweloper wykupił dwie wille, chce je zburzyć, a w to miejsce postawić blok. Na naszej ulicy! - w głosie gościa zabrzmiała groza. Podpisałem. Podobno decyzję cofnięto, nie wiadomo tylko, na jak długo.

       Chciałbym, aby wizja Warszawy pełnej wieżowców, szklanych domów i innej chwilowej „nowoczesności” ominęła stary Mokotów. To jest jeszcze miejsce, gdzie spacerują  mamy z wózkami, gdzie psy przyjaźnie machają ogonami i gdzie tak pięknie na wiosnę kwitną tulipany, zasadzone przed laty przez babcie, których już dawno nie ma na tym świecie. Szkoda wielka, że na strychu sąsiedniego domu już nie mieszka  sowa, bo ten dom zburzono, że usycha zatruta spalinami lipowa aleja na ulicy Krasickiego, że na rogu Malczewskiego i Weinerta nie pachnie maciejka, bo zamiast ogrodu i domu Ewy Szelburg Zarembiny, której twórczość zna każde dziecko, stoi tam teraz koszmarny wielopiętrowy budynek. Szkoda może największa, że zanikają sąsiedzkie więzi, zlekceważone przez rozpartych w Lexusach i Mercedesach nowych, zamożnych  właścicieli, którym adres na Mokotowie nie jest potrzebny do życia w tej społeczności, a tylko do imponowania podobnym im zbieraczom pieniędzy.

       Piszę te słowa pozostając pod wrażeniem, jakie zrobiło na mnie podpalenie willi Chowańczaka przy nieodległym Morskim Oku, w miejscu, gdzie podobno  zaplanowano budowę niebywale wytwornych /i drogich!/ apartamentów. Chciwość ludzka nie liczy się z niczym – ani z wojenną historią takich miejsc, ani z ludzką pamięcią, ani z prawem. Zysk najważniejszy! Boże, chroń mój Mokotów!

                                                                   

a.kopff@wp.pl