Skowroński? Do widzenia!
W naszym kraju, podobnie jak na całym świecie, pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć i podatki. Z tym, że długość życia pojedynczych osób w Polsce zależy na ogół od stopnia degrengolady służby zdrowia, a w dziedzinie podatków pomysły rządowych ekip sprzyjają często grupowemu zejściu całych firm i przedsiębiorstw.
Ludzie są niepoprawni w swych marzeniach - chcą mieć świadomość, że znacznie więcej rzeczy powinno być "pewne", zatem w uroczystych dokumentach, zwanych "konstytucjami" swe pragnienia zapisują. Pewna ma być opieka zdrowotna, zapewniona obronność kraju, bezpłatny dostęp do oświaty, godziwe emerytury, sprawiedliwe sądy i choć wymieniam go na końcu - prawo do pracy. Na końcu, bo jeśli praktyczną realizację wszystkich przedtem wymienionych przed nim zapisów można obśmiewać dowolnie długo, to w przypadku "prawa do pracy" sprawa jest poważna i skomplikowana. Zatem bez żartów.
W okresie PRL-u to prawo rozumiano jako „prawo do płacy” i uznawano za pewne. Przez 45 lat rządów poprzedniego ustroju utrwalono w narodzie poczucie , że „czy się stoi, czy się leży, płaca zawsze się należy”. Wysokość tej płacy była uzależniona od „zaangażowania w budowę nowej rzeczywistości” -najwięcej dla wyznawców utopijnej ideologii i jej funkcjonariuszy. Ci ostatni czuli się pewnie aż do 1989 roku, kiedy to pracowicie wznoszony socjalistyczny biurowiec dotknęła katastrofa budowlana. Architekci nowego ładu wyrzucili z wielkim hukiem na śmietnik historii dożywotnich, jak im się zdawało, dygnitarzy, ale hasła o „prawie do pracy” nie kwestionowali. Okazało się jednak, że pracy jest mniej niż chętnych /stąd bezrobocie/, dlatego odtąd miała być „najpierw praca – potem płaca”. Nastąpił szok mentalny, a kiedy wzburzone morze społecznych protestów znacznie się uspokoiło, przystąpiono do grzebania w ruinach po PRL-u i wyciągnięto stamtąd kilka przydatnych gadżetów. Jednym z nich jest owo „prawo do pracy” rozumiane, jak ongiś, jako obowiązek zatrudniania „swoich”. Niestety, dziś takie zatrudnienie to nic pewnego, gdyż deklaracja współpracy z chwilowo rządzącą opcją czyni jej beneficjenta, prędzej czy później, ofiarą zwolnienia z powierzonego mu stanowiska przy kolejnym uruchomieniu polskiej politycznej młockarni. Nie ma przy tym żadnego znaczenia, czy był zdolny, czy pracowity i czy „się sprawdził”. On teraz „ich”, nie „nasz”, a więc – do widzenia! Kryteria partyjne obowiązują jak dawniej.
Piszę to włączając się w dyskusję na temat zwolnienia szefa III programu Polskiego Radia, p.Krzysztofa Skowrońskiego. Desygnowany na to stanowisko przez zgasłą nieświętej pamięci koalicję PiS-u, LPR-u i Samoobrony, zabrał się na serio do roboty i wkrótce postawił stację z powrotem na nogi, odwracając proces upadku zafundowany jej przez poprzedników - SLD-owskich nominatów. Musiał spłacać, oczywiście, serwituty swym mocodawcom, ale czynił to niezbyt gorliwie, za cenę wielu upokorzeń, jak choćby wyjazdów na wywiady z Jarosławem Kaczyńskim, który zbyt odęty pychą nie chciał osobiście, jak inni, przybyć do studia na Myśliwieckiej. Ale cel, jaki sobie postawił – osiągnął. „Trójka” odzyskała słuchaczy i należne jej miejsce w rankingach.
Ludzie zdolni, acz politycznie słabo umocowani, mają u nas wątłe szanse na awanse, za to pretekst do zwolnienia zawsze się znajdzie. W przypadku pana Skowrońskiego są to jakieś powody finansowe, ale przecież jego zasługi są również policzalne – zwiększenie ilości słuchaczy , a tym samym wpływów z reklam w każdym innym radiu byłyby sowicie gratyfikowane. Tu -zaowocowały wypowiedzeniem. Ale naprawdę dlatego, że jego protektorzy powędrowali na zielona trawkę.
Jak niektórzy czytelnicy zauważyli, nie jestem zwolennikiem politycznej opcji, dzięki której Krzysztof Skowroński został dyrektorem „Trójki”, zawsze jednak byłem i będę po stronie fachowców, którzy miotani od jednej do drugiej partyjnej ściany w rezultacie lądują na ławce zgorzkniałych ironistów, w miejscu, gdzie snuć można opowieści o niespełnionych zamierzeniach. Wiem, co piszę! Więc życzę panu Krzysztofowi, aby się tam nie znalazł!
A jest nadzieja, bo pan premier Tusk, który na obsadę stanowisk w mediach publicznych na razie nie ma wpływu, wypowiedział się pośrednio na podobny temat. Odkrył bowiem nieoczekiwanie, że- patrzcie Państwo!- i po stronie opozycji są osobnicy wartościowi, a do takich zaliczył Włodzimierza Cimoszewicza, oraz Annę Fotygę /co nieco osłabia szczerość oświadczenia/ i przyrzekł im zatrudnienie. Może zatem przy okazji kolejnej ustawy medialnej łaskawym okiem spojrzy na Krzysztofa Skowrońskiego, którego na stanowisku szefa „Trójki” wyróżniały dziennikarski talent i kompetencje, a nie wyłącznie partyjna przynależność – jak w przypadku dotychczasowych prezesów publicznych środków przekazu.
Jeśli tak się stanie, będę w stanie uwierzyć, panie premierze, że obiecane cuda się jednak zdarzają. Bo czyny już widziałem i przyznam - boję się następnych.