Przypadki Pawła P.

 

         W 1991 roku, jako 23 -letni student, został po raz pierwszy wybrany posłem. Po raz drugi zasiadł w Sejmie w roku 1997, ale do końca  kadencji nie dotrwał, ponieważ  w 1999 roku wystartował w wyborach na prezydenta stolicy. Skutek : rządził w Warszawie przez następne trzy lata, nie zaniedbując równocześnie intensywnej działalności politycznej. I tak widzimy go za plecami "trzech tenorów" - założycieli Platformy Obywatelskiej. Mimo sukcesu tego ugrupowania i ponownego wejścia naszego bohatera do Sejmu w roku 2001, śmiem twierdzić, że wtedy właśnie rozpoczęły się jego kłopoty - nos go zawiódł. Nie przewidział bowiem, ze jeden ze śpiewaków miał ambicję zostać solistą i pozbyć się wokalnych współtowarzyszy, co mu się zresztą w stu procentach udało.

       Paweł Piskorski, bo o nim mowa, starał się zawsze – i na ogół skutecznie- utrzymywać na fali. Ale już w czasie, kiedy był posłem Platformy- opozycyjnej w stosunku do rządów Leszka Millera i SLD- zaczęto robić wokół niego tzw. atmosferę. Dziś trudno dociec, czy sprawcami byli ówcześni polityczni przeciwnicy, czy raczej "drodzy koledzy" z szeregów własnej partii. Wytoczono przeciw niemu oskarżenia o nadużycia z okresu  warszawskiej prezydentury, w czasie której w stolicy wybudowano most i tunel. Okoliczności ich powstania nazwano "aferą mostową", sprawę skierowano do prokuratury i na wiele lat -do czasu uznania przez sąd zarzutów za bezpodstawne- przyprawiono Piskorskiemu gębę "aferzysty". Odtąd w mediach jego nazwisko pojawiało się z dodatkiem ”podejrzany”. W ten sposób „załatwiono” potencjalnego konkurenta Donalda Tuska do przywództwa w Platformie, cena tej operacji była jednak wysoka –  premier Tusk i jego partia spłacać ją będą jeszcze długo. Bo oto zwycięski kandydat PiS-u w wyborach na prezydenta Warszawy w 2002 roku, Lech Kaczyński, uczynił z  Pawła Piskorskiego symbol wszelkiego zła  prowadząc swą kampanię pod hasłem „walki z układem warszawskim”, a jako jego rzekomy pogromca przeniósł się wkrótce potem na fotel prezydenta Polski. O ile utrącenie Piskorskiego przyniosło Tuskowi doraźne frukta -dziś zapewne jako premier musi sobie pluć w brodę, spierając się z ojcem narodu o tak ważne rzeczy jak samolot czy krzesło w Brukseli, oraz o takie duperele jak choćby przyszłość kraju w dobie kryzysu.

         Tymczasem w przeczuciu nadciągającej burzy p.Piskorski postanowił wskoczyć na ratunkową tratwę i odpłynął na przymusową banicję do parlamentu europejskiego. Ale ponieważ i stamtąd stwarzał zagrożenie dla pozostałych w kraju „drogich kolegów”, postanowiono skończyć z nim raz na zawsze. Znalazł się pretekst, a dostarczył go nieoceniony „Dziennik”, w którym opublikowano artykuł o słoninie. Nie chodziło wszakże o aferę mięsną, a o pomysł Pawła Piskorskiego zostania obszarnikiem, bowiem w miejscowości Słonin zakupił za ponad milion złotych 320 hektarów ziemi. Na nic się zdały tłumaczenia, skąd wziął pieniądze – jego oświadczenia podatkowego nie zakwestionował żaden organ państwowy – władze Platformy uznały tezę dziennikarza o tajemniczym pochodzeniu środków płatniczych za udowodnioną i wyrzuciły Piskorskiego natychmiast z partii. Wydawałoby się, że to już koniec jego kariery, podobnie jak i innych zesłanych do Brukseli zużytych działaczy z rozmaitych ugrupowań, zwłaszcza tych, które w kraju już całkiem się zużyły. Tymczasem p.Piskorski wykonał manewr, który należy podziwiać : stanął znienacka na czele partii, która przez lata całe stosując zasadę ”tisze jediesz- dalsze budiesz” trwała w pozornym uśpieniu, gromadząc to, co jest marzeniem wielu  prominentnych polityków, a mianowicie majątek. Ta partia -to założone jeszcze przed wojną Stronnictwo Demokratyczne, grupujące m.in. badylarzy, właścicieli warsztatów czy wytwórców plastikowych grzebieni, które przetrwało czasy komunizmu spłacając ideologiczne serwituty za cenę względnego spokoju w dziedzinie obcych ówczesnemu ustrojowi małych biznesów. Dziś pod wodzą nowego szefa, wykorzystując zebrane dobra, chce wyruszyć do boju o odzyskanie miejsca na politycznej arenie.

        Dlaczego rozpisałem się o człowieku, któremu na czole wypisano drukarską farbą wykaz wszelkich możliwych, acz nieudowodnionych grzechów?  W kraju, gdzie co chwilę czytamy o podejrzeniach, aferach, przekrętach i innych, często wyssanych z brudnych dziennikarskich paluchów rewelacjach, znalazł się ktoś, kto się zmasowanym, a niewątpliwie sterowanym atakom postanowił nie poddawać. Budzi to mój szacunek. Dziwię się natomiast, dlaczego tak łatwo presji prasy ulegają ci, którzy powinni w pierwszej kolejności stanąć w obronie zaatakowanych. Po kolei: dziwię się Leszkowi Millerowi, że nie stanął w obronie Rywina - do dziś zachodzę w głowę, za co ten zasłużony producent filmowy został skazany, dziwię się Jarosławowi Kaczyńskiemu, który pozwolił na obrzucenie nienależnym  błotem swego wicepremiera Leppera, dziwię się także Donaldowi Tuskowi za danie wiary gazetowym oskarżeniom pod adresem  partyjnego kolegi. Dwóch pierwszych spotkała za te „wysokie standardy moralne” zasłużona kara:  zostali pozbawieni władzy. Donalda Tuska podobny los, prędzej czy później, również czeka. A wtedy kto wie – może ironia owego losu posadzi za premierowskim biurkiem Pawła Piskorskiego? Będzie heca, ale się nie zdziwię!

      Od wielu lat słuchamy przeboju „Perfectu” - ”Ale wkoło jest wesoło”. Zwłaszcza na politycznej scenie  - nadciąga kolejny sezon wyborczy.

 

                                                                             a.kopff@wp.pl