Hity czy kity?

 

       W nowootwartej siedzibie TVP przy ulicy Woronicza, zwanej ze względu na walory architektury "zamkiem Drakuli", w walentynkową sobotę odbyły się eliminacje do tegorocznego konkursu piosenki Eurowizji. We wnętrzu tego pomnika pychy, w studiu, które swą przytulnością wskrzeszało wspomnienia po starym Torwarze, zaprezentowano dziesięciu wykonawców, wytypowanych do uczestnictwa w konkursie przez wysoką komisję złożoną z głuchych urzędników telewizji. Nagrodą dla laureata jest podróż do Moskwy, co dobrze nie wróży - wszak nie przyjazd, a wyjazd Polaków z Moskwy to w Rosji święto narodowe.

    Zanim jednak  peregrynacja naszego przedstawiciela znajdzie mniej lub bardziej nieszczęśliwy epilog, należało wyłonić zwycięzcę krajowych wyścigów. Wystawione do gonitwy piosenkarskie konie na telewizyjnym maneżu budziły tzw. mieszane uczucia, gdyż obok niedoświadczonych źrebaków startowały stare, często zatuczone wałachy. Zza granicy do gonitwy zgłoszono kilka ochwaconych perszeronów oraz dwie klacze płci męskiej.

    Cała impreza transmitowana niemiłosiernie długo, przerywana kilkakrotnie wbrew obowiązującym zasadom reklamami PiS-u oraz środków na przeczyszczenie, przyniosła rozczarowanie. Odbywała się, co prawda, z wielką pompą - tłoczącą niestety zimną wodę na głowy wierzących jeszcze w sukces polskiej piosenki na jakimkolwiek festiwalu, gdzie obowiązywałyby inne kryteria oceny niż wrzaski opłaconej publiczności. Nie wiem, czy młodzież zgromadzona w warszawskim studiu była opłacona, bo pieniądze za małolatów biorą ich rodzice, a ci nie dopilnowali, żeby dzieci się chociaż domyły. Mimo to kamery ustawicznie pokazywały sztuczną wesołość na ozdobionych trądzikiem twarzach. Młodzież - to nasza przyszłość, program jednak odbywał się w czasie teraźniejszym i pokazywanie aktualnego stanu fizjologicznych zmian w okresie dojrzewania nie było chyba jego celem.  

     Sterowane owacje miały tę dobrą stronę, że po części zagłuszały dźwięki, jakie wydawali z siebie uczestnicy konkursu. Nie czułem się przesadnie poszkodowany, gdyż tak naprawdę nie było czego słuchać. Repertuar, jaki zaprezentowano, to typowy przykład "samodziału" ; sam skomponuję, sam napiszę tekst, sam zaśpiewam i w razie czego sam się będę oklaskiwał. Zestaw tych utworów skojarzył mi się z „salonem używanej odzieży” - pełno było wyświechtanych fraz, przenicowanych cudzych motywów, szmatławych tekstów i wyciągniętych z naftaliny aranżacji. Wszystko to wyprano w tanim proszku telewizyjnej reżyserii i jako świeży towar wciskano widzom w sobotni wieczór.

   Wreszcie, po paru godzinach usłyszeliśmy werdykt, o którym z góry wiedziałem, jaki będzie. Jurorzy, którzy znaleźli się w głupiej sytuacji gości zaproszonych na obiad przygotowany przez pozbawioną kulinarnych zdolności panią domu i zmuszani do odpowiadania na pytanie „czy smakowało” - postawili z przekory na „Renton”, ale to nie ten zespół miał wygrać. Zastosowano bowiem metodę, dzięki której np. Piotr Gadzinowski wielokrotnie został posłem -ostatni będą pierwszymi. Wystarczyło na ostatnim miejscu w paradzie nijakich utworów umieścić zaplanowanego laureata, bo to jego występ zachować musi  w pamięci głosująca telefonicznie publiczność. Udało się! Do Moskwy pojedzie p.Lidia Kopania z piosenką ”I Don't Wanna Live” - utworem,  przypominającym repertuar Whitney Houston sprzed dwudziestu lat, a który i tak stawia zbyt wielkie wymagania wokalnemu przygotowaniu naszej reprezentantki.

    Byłbym niesprawiedliwy, potępiając w czambuł wszystkie piosenki, przedstawione w programie dumnie zatytułowanym „Piosenka dla Europy”, przy okazji mając nadzieję, że Europa wybaczy nam tę ofertę. Była bowiem pieśń, którą zadziwiająco dojrzale wykonał p.Rafał Olbrychski -”Tatango”, niestety -poza konkursem.  Autorem tekstu jest Wojciech Młynarski, który - uwaga, drodzy telewizyjni decydenci -jeszcze żyje! Podobnie jak kompozytorzy: Wojciech Trzciński, Krzesimir Dębski, Jarosław Kukulski, Ryszard Poznakowski i jeszcze paru innych, którzy wiedzą, na jakie piosenki czeka Europa. Ale TVP zapomniała o ich istnieniu- zniknęli, wyparci przez  chytrych manipulatorów listami przebojów, którzy krzycząc ”Gramy dla was!” zarabiali na puszczaniu płyt z cudzą twórczością, a dziś, uchodząc z tego powodu za koneserów muzyki, są  na Woronicza odpowiedzialni za nędzny poziom krajowych festiwali i takich imprez, jak ten eurowizyjny „szmateks”. Bo i w tej dziedzinie sprzedawcy kitu odnieśli zwycięstwo nad twórcami.

   Życzę p.Lidii zwycięstwa w Moskwie, bo jestem patriotą. Bo chyba -nie idiotą?