Papierowy fetysz
Pani dr.hab. Elżbieta Kowalczyk – Heyman, profesor nadzwyczajny w Instytucie Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego dokonała nadzwyczajnego odkrycia, które opisała w sążnistym liście zamieszczonym na łamach „Gazety Wyborczej”. Czytając pełną błędów pracę pewnego magistra teologii, starającego się o doktorat, doszła do wniosku, że system kształcenia w szkołach wyższych jest do bani. Obficie cytując co bardziej absurdalne stwierdzenia z elaboratu niedouczonego teologa, pani profesor wysnuwa szereg wniosków, z których przynajmniej jeden jest trafny w stu procentach – nasze wyższe uczelnie nie służą zdobywaniu wiedzy, ale papierka -zaświadczenia o posiadanym wykształceniu. Pani profesor słusznie nad tym ubolewa -brakuje tylko w tej jeremiadzie rzetelnej analizy przyczyn takiego stanu rzeczy.
A sprawa jest prosta. Wystarczy zapoznać się z treścią ofert pracy. Każde niemal ogłoszenie o konkursie na stanowisko kierownika, dyrektora, księgowego, magazyniera zawiera formalny warunek :wyższe wykształcenie. Nieważne, czy kandydat ma zdolności, talent, jest pracowity, samodzielnie myśli, posiada umiejętność podejmowania trafnych decyzji – najważniejsze, czy ma dyplom wyższej uczelni. Najczęściej jakiejkolwiek i bez związku z proponowanym zajęciem. Stąd niebywały wysyp różnych, najczęściej prywatnych „fabryk magistrów”, w których pożądany przez studentów papierek uzyskuje się płacąc przez kilka semestrów wysokie czesne i zdając pozorowane egzaminy, na których nie wymaga się wiedzy, a czasami nawet obecności. A kiedy świeżo upieczony magister rozpoczyna pracę, okazuje się najczęściej, że nic nie umie. To co? Najważniejsze, że spełnia kryteria i może być kierownikiem, dyrektorem itd. Może także rozpocząć „pracę naukową” i pisać takie bzdury jak te, które wyszydza pani profesor, a nawet zostać dziekanem czy rektorem uczelni kształcącej podobnych mu matołów. Kółko się zamyka. Wszystko to dzieje się w kraju, w którym prezydent po zawodówce wywalczył demokrację, jego następca bez dyplomu wprowadził nas do NATO i Unii Europejskiej, i dopiero obecny doktor prawa, prezydent Kaczyński, pokazuje do czego jest zdolny prawdziwy profesor. Proszę jednak nie wyciągać z tego pochopnych wniosków na temat szkodliwości studiowania, kojarzonego z wysiadywaniem na wykładach następców prof. Pimko. Studia mogą być jedną z dróg do wiedzy, ale niestety, polskie uczelnie, przyciśnięte koniecznością zdobywania pieniędzy, coraz rzadziej oferują rzetelny do niej dostęp.
Poznałem kiedyś profesora, ba! -prorektora jednej z takich uczelni. Dziedzina, którą się zajmuje, jest mi bliska, bo dotyczy historii Galicji, skąd mój ród. W prywatnej rozmowie pan ów wygłosił na ten temat szereg idiotyzmów, a potem z dumą pokazał mi książki, w których je opublikował na chwałę swoją i jak stwierdził, ku pożytkowi studentów. Spłoszył się nieco, kiedy podjąłem polemikę z jego pokrętnymi wywodami, powołując się na wiarygodne źródła - dzieła mojego pradziada, krakowskiego kronikarza z przełomu XVIII i XIX wieku, Ambrożego Grabowskiego, ale po chwili odzyskał kontenans i oświadczył: „Ja wiem lepiej, bo jestem profesorem, a pan amatorem i dyletantem”. Po tym stwierdzeniu zakończyliśmy rozmowę i znajomość. Pomyślałem sobie, że może byłoby lepiej, aby jego studenci mieli za profesora jakiegoś amatora i dyletanta, niż zadufanego w sobie cymbała w gronostajach, ale cóż, pozostaje mi jedynie wyrazić głębokie dla nich współczucie. Wątpię zresztą, czy zrozumiałe przez wychowanków tego „człowieka nauki”.
Mam przyjaciela, który jest wybitnym artystą - swe prace wykonuje w szkle. Do perfekcji opanował tajniki procesów produkcyjnych, wynalazł oryginalne sposoby pozyskiwania efektów kolorystycznych, co połączone z talentem plastycznym przyniosło mu światową sławę – o jego dzieła biją się najsławniejsze galerie. Na stare lata zamieszkał w Polsce, ale tu nikt się o niego nie bije. Mógłby być wykładowcą uniwersyteckim, do czego predestynuje go wiedza i doświadczenie, niestety – nie ma wymaganego przepisami wykształcenia, bo z powodu trudnej drogi życiowej swą edukację zakończył w podstawówce. Powiedział mi kiedyś: „Chciałem przekazać swą wiedzę młodym, ale jakiś dupek z akademii poinformował mnie, że nie mam odpowiednich kwalifikacji, a to, że mam stałe wystawy w Paryżu czy Nowym Jorku to nie jest argument! To po co się tam studiuje?” Po papier, drogi Staszku, po papier!
W kraju rozszalałej biurokracji papierowy fetysz zastępuje rzeczywistą ocenę człowieka - jego inteligencji czy zdolności - i dlatego rzesza idiotów z dyplomami produkowanych przez wyższe uczelnie o niskich lotach stale się powiększa. Pełno ich wszędzie : w urzędach, sądach, prokuraturach zajmują się odwlekaniem decyzji i spławianiem interesantów, w Sejmie -jałowymi dyskusjami o niczym, na uczelniach -zapisywaniem bel papieru dysertacjami , których nikt nie czyta i rozmnażaniem swych następców – kretynów z dyplomami.
Hunderttausend Professoren -Vaterland, du bist verloren -sto tysięcy profesorów -Ojczyzno, jesteś zgubiona- te słowa, które kiedyś padły w parlamencie frankfurckim na razie nie mają u nas zastosowania, bo jeśli pojawiają się tak trzeźwe głosy jak pani profesor Kowalczyk-Heyman, to znaczy, że być może nie wszystko jeszcze stracone.
Ciekawe, jak długo.
a.kopff@wp.pl